11 lipca 2018

Oto nasze przedtem. Nasze cudowne przedtem (s. 391) – Luke Allnutt, Niebo na własność

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 


      Nie lubię powieści obyczajowych. Najczęściej są ckliwe, mdłe, proste, oczywiste, przewidywalne, z naiwną fabułą i nieskomplikowanymi postaciami obdarzonymi wydumanymi problemami, perypetiami czy przygodami, zazwyczaj występuje do tego naiwnie szczęśliwe zakończenie. No, życie różowym lukrem oprószone… Dlatego jeśli już pora mi się zmierzyć z jakąś obyczajówką, zdaję się na wybór innych. 
   Tym razem od Wydawnictwa Otwartego przyszła książka „Niebo na własność” Brytyjczyka mieszkającego w Czechach. Zaskakuje już sam fakt, że to mężczyzna napisał powieść o perypetiach pewnej dobrze sytuowanej materialnie rodziny klasy średniej. Następnie zadziwia, że zdecydował się on na zastosowanie narracji pierwszoosobowej, a później, że głównym bohaterem uczynił mężczyznę – i to jeszcze nie krystalicznie szlachetnego mężczyznę. W książce tej Luke Allnutt oś wydarzeń oparł o trzy osoby: komputerowego geniusza – Roba, jego pedantyczną, poważną i surową żonę – Annę i ich syna – Jacka. Autor całkiem zgrabnie przedstawił rysy charakterologiczne dorosłych, ich zwyczaje, upodobania, poglądy, a nawet trudne, poszarpane i skomplikowane dzieciństwa, które niewątpliwie wpłynęły na ich późniejsze wybory, sposoby radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi czy granicznymi. Rob to niby luzak, który rzadko pracuje, bo woli pieniądze zarobić raz a dobrze; Anna jest skrupulatna, metodyczna i pedantyczna, a ich mały Jack to bystry, wnikliwy łobuz, który nawet ze starszakami się kumpluje. Tylko, że ich życie rodzinne zaczyna przeorganizowywać wykryty w głowie chłopca guz. I w tym momencie okazuje się, na ile to ułożone życie jest stabilne i na ile stabilni są oni – jako mała wspólnota. 
       Niesamowite jest to, że zmagania z chorobą syna, lęki, dylematy, niepewności, wewnętrzną konieczność opanowania kryzysu autor przedstawił z punktu widzenia mężczyzny-ojca. Właściwie wiadomo, że matki bardzo przeżywają cierpienie dziecka, cierpią właściwie z nim. Ale mało kto pyta się o ojca. Kto jego ma uspokoić? Kto ukoi jego rozedrgane, chaotyczne i galopujące myśli? Kto jemu pomoże? Kto poda silne ramię? Kto pozwoli mu się zwyczajnie bać? Powieściowy Rob niejednokrotnie staje na wysokości zadania – jest pomocą dla żony, wsparciem dla syna, partnerem w firmie, dyplomatą wobec teściowej. Ale nie znajduje wiarygodnego, solidnego i rzetelnego oparcia dla siebie. Będąc filarem dla innych, gnie się pod ich zwątpieniami. Zapewne dlatego zaczyna robić głupie czy nieodpowiednie rzeczy, decyduje się na nieoczekiwane kroki, zwyczajnie pęka – jak niemało ludzi złamanych przez los – i poznajemy go pijanego, podrywającego pospolitą dziewczynę w tandetnym barze, tylko po to, by choć przez chwilę poudawać zwyczajnego czy banalnego nawet. 
    Ta odwrócona perspektywa, zmiana punktu widzenia, skupienie się na zrozpaczonym, walczącym i szukającym ratunku ojcu, który chce w teraźniejszości zatrzymać przeszłość wyróżnia tę książkę z masy innych. I okazuje się, że w kontakcie z cierpieniem dziecka nie chodzi o współcierpienie matki, ojca czy rodziny – ale rodzica, tego, kto przyczynił się do „zro-dzenia”. 
    A to chce czynić „Niebo na własność” powieścią nie tyle obyczajową co moralizującą. Bo może pora przestać generalizować i (lub) nadmiernie feminizować, a czas skupić się na istocie wyłaniającej się z szerokiej perspektywy? Pozostawiam pytanie bez odpowiedzi…   
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
WYDAWNICTWU OTWARTEMU
Wydawnictwo Otwarte

1 komentarz:

  1. Też nie przepadam za obyczajówkami, z podobnych jak Ty powodów. Ale ta powieść mnie zainteresowała.

    OdpowiedzUsuń