14 listopada 2015

(...) znikali we własnym piekle, położonym gdzieś w pobliżu nieustannie wydłużających się torów kolei obłędu (s. 105).

         Określenia typu: „literackie odkrycie”, „olśnienie”, „perełka” może i są banalne, ale nie znajduję innych i innymi kategoriami myśleć o tej książce nie umiem... Poruszyła we mnie to, co intymne, emocjonalne, uczuciowe, wrażliwe, może i zapomniane, uśpione, odrzucone, czy zduszone... 
 „Ścieżki Północy” to straszna książka – nie da się temu zaprzeczyć. To książka, która dwoma historiami (a jednak wciąż jedną)  opowiada o tym, co głęboko w człowieku skrywane, o tym, co osoba może w sobie nosić, kim jest i co to znaczy „być człowiekiem”.
       Głównym bohaterem jest Dorrigo Evans. Można powiedzieć, że wygrał los na loterii: jako pierwszy w rodzinie skończył studia, został lekarzem, dostał się do wojska, zaręczył z dziewczyną z zamożnej rodziny, co już na wstępie otwierało mu wiele drzwi i ułatwiało karierę zawodową… Tylko, że w czasie szalejącej na świecie wojny nic nie jest łatwe i oczywiste. Nawet jeśli jest się w Australii – bo przecież Japonia nie tak całkiem daleko. Więc i Dorrigo stał się jej ofiarą. Aresztowany, osadzony w obozie jenieckim, zmuszony do budowy Kolei Śmierci (między Birmą a Syjamem (dzisiejsza Tajlandia)) poznał oblicze wojny, mające ze strzelaniem niewiele wspólnego, ale za to sporo z przekształcaniem jeńców w tanią siłę roboczą, która bez jedzenia, snu, leków, mimo chorób, szalejącej oraz dziesiątkującej - i więźniów i Japończyków - śmierci, mimo monsunów, insektów, braku odzieży, podstawowych narzędzi i przy odurzonych lekami kierowników obozu ma zaspokoić imperialistyczne zapędy cesarza japońskiego. Szał, gorliwość, bezduszność, zaślepienie Japończyków oraz niemożliwość, niemoc i bezsilność chorych, czy głodnych jeńców to dzień powszedni w dżungli. 
       Te opisy osadzonych, którzy prawie gołymi rękami wydzierali lasom kolejne metry, by otwierać drogę ku Indiom (kolonia Brytyjska) są przeciwstawiane wspomnieniom o szalonym romansie Dorriga z Amy – o trzy lata młodszą od siebie żoną wujka. Swoją żywiołowością, magnetyzmem, wrażliwością, wewnętrzną siłą, atrakcyjnością i nowoczesnością wniosła wszystko to, czego brakowało związkowi Dorriga z Ellą, a co później stało się lekarstwem na zło wojny, substytutem, namiastką normalności.
       „Ścieżki…” to książka trudna i piękna jednocześnie. Zapierają dech i każą zwolnić tak opisy wojennej nikczemności, jak i historia miłosna. Majstersztykiem jest język książki – subtelny, ale precyzyjny, dokładny, ale miejscami wręcz liryczny, misterny i finezyjny. To nie jest narracja, przez którą się gna jak przez wojenną zawieruchę, ale to opowieść, która wsysa swoją wielopoziomowością, wielowątkowością i szufladkowością. Niesamowite jest to, z jaką poetyckością udało się autorowi odmalować napięcie i przyciąganie między kochankami, że znalazł słowa, by oddać to uczucie i że potrafił wszystko tak zgrabnie ponazywać. Może wystarczy choćby taka króciutka wzmianka: W poszukiwaniu Amy przepatrywał wszystkie pokoje swojego życia, lecz nigdzie nie mógł jej znaleźć. (s. 122) Ale nie można subtelnym językiem mówić o nikczemnościach wojny. Więc obok niego są i dosadne brutalizmy: (…) spali, obejmując najbliższego sąsiada nogami, otoczeni parującym odorem stęchłych wymiocin, brudnych ciał, gówna i potu, i tak jechali dalej, usmarowani kopciem i przygnębieni. Pięć dni bez jedzenia, sześć przystanków, trzy trupy. (s. 51) 
       Tak skonstruowana narracja jest dwutorowa: opowiada o wydarzeniach w dżungli i o historii z Amy; raz widzimy Dorriga podczas wojny, raz na plaży z kochanką, a później znów w pokoju hotelowym, kiedy - zapijając wspomnienia (wyrzuty sumienia? ból? smutek?) - przygotowuje się do odczytu i promocji książki o wojennych losach. W tej książce nie ma narratora wszechwiedzącego (choć narracja trzecioosobowa), nie ma typowych dialogów – choć mówi każdy z bohaterów i ich - czasami długie - wywody zastępują narratorskie dopowiedzenia. Jak dla mnie to narracja zbliżona do polisemiczności, gdzie tak wydarzenia z dżungli, jak i te romansowe poznajemy z punktu widzenia głównych, złożonych, postaci – każda z nich wnosi coś nowego do fabuły i to pod względem akcji, jak i w płaszczyźnie przeżyć. 
       Z powyższego wynika, że „Ścieżki…” – wojenny romans (upraszczając) – to piękna, trudna historia, opowiedziana językiem wyszukanym i oryginalnym, gdzie każde zdanie jest ważne i nie ma ani jednego zbędnego, a wszystkie one tworzą jedną wielką księgę prawd o człowieku.     
   
ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


Wyzwanie 2.

6 komentarzy:

  1. O japońskich obozach jenieckich czytałam w "Szkarłatnym drzewie nadziei" i "Królu szczurów" - coś niewyobrażalnego. Domyślam się, że to mocna i poruszająca książka i widać, że wywarła na Tobie ogromne wrażenie. To mi wystarczy za rekomendację.

    OdpowiedzUsuń
  2. Doskonale zachęciłaś do sięgnięcia po książkę.
    W którą stronę świata by nie skierował swego wzroku i myśli trudno znaleźć jest miejsce, które by nie było naznaczone losem ludzi odczłowieczanych.....

    Pozdrawiam Ciebie i Nowy Sącz ......

    OdpowiedzUsuń
  3. Książkę obserwuję od dawna i wiem, że w końcu nie będę mogła przejść obok niej obojętnie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Po miesiącu od przeczytania ciągle o niej myślę.... Dziś w telewizji powtarzają 'Most na rzece Kwai' - po tej książce nie zechcecie oglądać do końca.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam takie majstersztyki literackie!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam tę książkę na uwadze już jakiś czas. Jak tylko czas pozwoli. Uwielbiam pięknie napisane powieści. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń