11 listopada 2016

(…) kronika życia spisywana krwią. (s. 58)


 W swoim blogowym dorobku opisałam wszystkie (nie było ich też tak wiele) opublikowane w Polsce książki Flanagana – „Ścieżki Północy” i „Klaśnięcie…”. Już od pierwszych kart pierwszej z nich wiedziałam, że to będzie „mój” autor: postarał się o to ona sam – pięknymi, ważnymi historiami opowiedzianymi ciekawymi technikami narracyjnymi (retrospekcje, wspomnienia, mowa pozornie zależna), oraz jego polski tłumacz – rewelacyjnie oddający atmosferę książki i znajdujący do tego odpowiednie polskie frazy. Bo piękny język powieści Flanagana niewątpliwie jest ich ogromnym atutem. Ale za pięknym językiem nie zawsze idą piękne, wzniosłe i pełne otuchy opowieści. Nie rozczarowałam się i trzecią książką – „Księgą ryb Williama Goulda”.


To opowieść o obdarzonym talentem malarskim skazańcu – Williamie Gouldzie - zesłanym do karnej kolonii w głębi Australii. I to nie droga do osadzenia – droga pełna przemocy, brunatności, kłamstw, fałszerstw, krwi – jest sednem opowieści. Jest nią to, co bohater spotkał w miejscu, które (przynajmniej w teorii) miało go resocjalizować. A spotkał tam Komendanta. Szalonego, zdziwaczałego, bezwzględnego i opętanego szałem realizacji swoich pomysłów stworzenia w obrębie kolonii karnej swego małego „królestwa”. Każdy z nowoprzybyłych więźniów stawał się kolejnym narzędziem służącym do realizacji tych zamierzeń. I niejeden uległ osobliwościom tych wizji. Jak czytamy w opisie kolonii: „(…) bajkowej krainy, może i rządzonej przez tyrana, ale zaczarowanej jego opowieściami (…) krainy, która z każdym słowem i gestem Komendanta stawała się dla nas coraz bardziej realniejsza (…) wydawało się nam (…) że daje nam jakiś cel, sens, coś, dzięki czemu przestawaliśmy się czuć jak skazańcy, wykraczaliśmy poza narzędzia tortur jak kołyska i knebel rurowy, i tego właśnie wszyscy pragnęliśmy: jakiejś innej wizji nas samych (…) bo żeby zesłaniec mógł uciec, musiał uciec od samego siebie, od swojej przeszłości i przyszłości, wyznaczonej przez system penitencjarny” (s.109-111). Dlatego, kiedy Williamowi „(…) w 1828 roku, rzekomo w interesie nauki, lekarz kolonii karnej na Sarah Island kazał malować wszystkie łowione tam ryby” (s.21), ten godzi się bez większych protestów. Ale robi coś jeszcze: rysunki uzupełnia o dziennik, prywatne zapiski, kronikę tego, co działo się na wyspie. Pisze, czym może i kolorami, jakimi akurat dysponuje. I ma świadomość, że łamie tym niejeden zapis obozowego regulaminu.
Z jego relacji wyłania się rzeczywistość oniryczna, surrealistyczna, nierealna wręcz i senna. To świat okrutny i magnetyczny jednocześnie; straszny i przyciągający swą innością, zwyczajność znana autorowi-opowiadaczowi jest tak niezwyczajna, że aż zasysa.                
Oddając swą książkę czytelnikowi, oddał Flanagan tekst totalnie dopracowany, perfekcyjnie ułożony, a wcześniej przemyślany. Uruchomił w nim budowę szkatułkową, dwóch narratorów pierwszoosobowych, momentami fragmentaryczność (co każe się skupiać i obudzić w sobie wytrwałego czytelnika), monologi, opisy, autorefleksje bohatera i nawet głębokie analizy psychologiczne postaci. Dlatego nikt z wytrawnych smakoszy literatury nie powinien czuć się zawiedziony spotkaniem z „Księgą ryb…”!  

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

WSPÓŁPRACA

1 komentarz:

  1. Flanagana pokochałam, ale 'Księga ryb' jest dopiero przede mną. Świetnie polecasz tę książkę.

    OdpowiedzUsuń