30 grudnia 2016

Ten dom niemal wrósł w nią (s.289) – Anne Jacobs, W cieniu tajemnic

             Są narracje, struktury zdaniowe, rytmy opowieści, które już od pierwszej frazy czytelnika wciągają, mamią i nie wypuszczają z sideł fabuły. Takie zjawisko spotkało mnie, gdy sięgnęłam po „W cieniu tajemnic”. Wydawca zapewniał, że jest to powieść z klimatem i światem znanym z „Downton Abbey”, ale mnie jest ciężko zaprzeczyć lub potwierdzić, gdyż nie widziałam ani jednego odcinka (a wiem, że wytwórnia wypuściła w świat 6 (!!) sezonów). 
         Niemniej stwierdzam, ze dla mnie „W cieniu…” jest lekturą świetną. Opowiada o życiu, jakie w Augsburgu roku 1913/1914 wiodą mieszkańcy wielkiej posiadłości fabrykanta – jego rodzina i służba. To – z jednej strony – świat dostatku, przepychu, wielkich pieniędzy, pozycji społecznej, interesów, operatywności, odpowiedzialności za decyzje finansowe, rozwagi, taktu i manier, a z drugiej strony – świat fałszu, pozorów, obłudy, intryg, plotek i grzeszków większych czy mniejszych, wrogości, podstępu, rywalizacji, w którym kobiety powinny być ładnymi dodatkami do panów, a panowie to nikt inny jak jegomoście z maksymalnie napompowanym ego. To świat balów i wystawnych kolacji, które służą nie zabawie a są dopełnieniem kolejnej transakcji (firmowej lub matrymonialnej – co za różnica skoro każda z nich ma przynieść wymierne skutki?), dobroczynnych herbatek, które mają utwierdzić organizatorki w przekonaniu o ich hojności, świat rywalizacji, w którym trofeum mają być szeroko komentowane zaręczyny, to też świat ciężko pracującej służby, która – mimo często przedmiotowemu traktowaniu – czuje się związana z pracodawcą, jest lojalna, uczciwa, dyskretna, taktowna, rywalizująca między sobą o przychylność pastwa jak również pełna tarć i wewnętrznych napięć. A dodatkiem do tego jest przebogate tło pełne równych odniesień do epoki: damskie toalety, wieczory w operze, ciemne ulice podejrzanych dzielnic, nowi - szokujący - kreatorzy mody i coraz głośniej mówiąca nowoczesna sztuka.  
        Rodzinę Melzerów poznajemy dzięki Marie, która pewnego późnojesiennego dnia rozpoczyna pracę pomocy kuchennej w domu fabrykanta. Jest to jej kolejne miejsce zatrudnienia, gdyż bezpośrednie usposobienie, przenikliwy umysł i odwaga w mówieniu tego, co myśli nie ułatwiały jej w zachowaniu posady na stałe. Jednak nie jest ona główną postacią. Czytelnik, podążając za narratorem, który wiedzie go po pokojach panienek (Katarzyna i Elżbieta – jedna szczera, otwarta i ciut naiwna marzycielka a druga pusta pannica szukająca wolnego kawalera), bawialni pani, po fabryczne biuro pana, od pokojówki do kucharki a nawet do ogrodnika odsłania – z jednej strony – misterną nić zależności, a z drugiej – pozwala każdej z postaci mówić swoim głosem. I okazuje się, że dom zamieszkują nietuzinkowe charaktery, barwne (co nie znaczy, ze nie irytujące) osobowości, jednostki wepchnięte w dawno temu utarte role społeczne. 
         Mieszkańcy tego świata nie wiedzą jeszcze, że za chwilę - dzięki pewnemu wydarzeniu w Sarajewie – ten świat runie, zniknie i przyjdzie im się przyzwyczaić do zupełnie innego układu społecznego. Czy wszyscy sobie z tym poradzą? Czy każdy zrozumie, że stare nie powróci? Czy każdy będzie miał w sobie tyle kreatywności, by pojąć, że świat dzielony na „my-państwo” i „oni-służba” już nie taki będzie miał podział? Wpierw jednak należy odkryć i zrozumieć, jaką rolę w tym świecie mają odegrać: niechciana ciąża, pewne nieślubne dziecko, zawiedziona miłość, zazdrość, cichy układ z budzącym grozę sierocińcem – i jakim cudem to wszystko tworzy misterną nić zależności, układów, powiązań. 
         Choć „W cieniu tajemnic” jest książką o ckliwym tytule i banalnej okładce można w niej znaleźć niesamowity, dawno pogrzebany świat, który wciąż może zadziwiać, zaskakiwać, a nawet uwodzić swoją niesamowitością.          

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka

29 grudnia 2016

(…) nagle z ofiary zmienił się w myśliwego (s. 65) - Nocnym śpiewie ptaka, Kjell Eriksson


Nocny śpiew ptaka
        Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas (zaplanowane mam na 1.01), ale już dziś o największym literackim rozczarowaniu kończącego się roku. Tytuł ten przypadł książce czytanej już w grudniu, a która znalazła się w moich rękach przed przypadek – zabrałam koleżance, która podążała z nią do bibliotecznego zwrotu. Mówię tu o „Nocnym śpiewie ptaka” Kjell Erikssona. 
    Bez dwóch zdań to kryminał – pewnej weekendowej nocy zostaje zdemolowane centrum Uppsali, a choć straty są ogromne, nikt nie widział sprawców. Jakby tego  było mało, wśród wybitych witryn, potłuczonych szyb, zniszczonej księgarni znaleziono również zwłoki młodego, zadbanego chłopaka o trudnej do ustalenia tożsamości. Całkiem niedługo po tym wydarzeniu wybuchają w mieście zamieszki oraz podpalenia na tle nacjonalistycznym i skierowane przeciwko emigrantom, policja dowiaduje się o znalezieniu kolejnych zwłok a w pogorzelisku trzy zwęglona ciała.
       Choć szkielet powieści zawiera niby wszystko, co dobry kryminał zawierać powinien – skondensowaną akcję, wiarygodny wątek główny, misterną sieć motywów pobocznych, profesjonalną grupę dochodzeniową, która, mimo wewnętrznych napięć, uparcie dąży do rozwikłania zagadki – brakuje mu napięcia, wewnętrznej dyscypliny, magnetyzmu, przyciągania czy psychologii postaci. Powieść jest zbyt rozwleczona, momentami przegadana, wprowadzono wątki, które niczego nie zmieniają, a jedynie nadają książce objętości, niektóre tematy nie mają wyjaśnienia, a finał przychodzi zbyt szybko i zbyt szybko czytelnik domyśla się rozwikłania całej zagadki. 
    Nie powiem, by czas z „Nocnym śpiewem…” był czasem zmarnowanym (tym bardziej, że powieść czytałam w czasie choroby, więc nie byłam zdolna do wytężonych operacji intelektualnych), ale nie był to też czas literackiej uczty, która by pobudziła moje zmysły. Zdecydowanie stwierdzam, że czytałam lepiej dopracowane, naprawdę trzymające w napięciu, kryminały.

28 grudnia 2016

(…) czuje się jak obca we własnym życiu (s. 127) – Carl Frode Tiller, Osaczenie



       Zapowiadając „Osaczenie”, wydawca przekonywał, że jest to „(…) anty-Knausgård... Epos o współczesnej Norwegii, thriller psychologiczny, sztuka kameralna. Powieści Carla Frodego Tillera nie da się zamknąć w jednej formule. Wielokrotnie nagradzane dzieło doczekało się wreszcie polskiego przekładu. Czytelnicy Knausgårda, Lunde i Christensena będą zachwyceni. Lipiec, 2006 rok. Do szpitala psychiatrycznego w Trondheim trafia pacjent, który stracił pamięć. W prasie pojawia się ogłoszenie – bliscy i znajomi młodego człowieka proszeni są o kontakt, aby pomogli mu odzyskać tożsamość. Odpowiadają trzy osoby − dwójka przyjaciół z liceum: Jon, wrażliwy i niespełniony muzyk, przeżywająca małżeński kryzys Silje oraz ojczym pacjenta, Arvid – były pastor, borykający się z problemem utraty wiary i nieuleczalną chorobą. W listach do Davida opowiadają jego i swoją historię – wkraczania w dorosłość, pierwszych seksualnych doświadczeń, rodzinnych tajemnic, zawikłanych relacji, porzuconych marzeń, winy, przemocy i miłości. Te opowieści, na ogół zgodne, a jeszcze częściej zaprzeczające sobie, budują obraz przygnębiającej egzystencji w prowincjonalnym norweskim miasteczku, pełnej frustracji, nudy i samotności, a wyłaniający się z nich portret Davida staje się coraz bardziej zagadkowy i niejednoznaczny”. 
           I w tym opisie jest wszystko, co można powiedzieć o „Osaczeniu”. Bo książka ta – złożona z listów i części narracyjnych prowadzonych pierwszoosobowo, co uruchamia skrajny subiektywizm – odsłania niewidzialną na pozór sieć zaciskających się wokół człowieka pętli. To jego dom, rodzina, zawiedzione zaufania, rozczarowania, źle ulokowane nadzieje, wiodąca na manowce seksualność, duszne układy społeczne, pozerstwo i konieczność spełniania czyichś oczekiwań. Tytułowe osaczenie to nic innego, jak cały zespół ról, które trzeba odegrać, a które grającemu nie przynoszą ani radości ani spełnienia. Człowiek staje wśród nich i czuje się bezradny jak dziecko – dusi się, szamocze, miota i nie wie, jak zachować autentyczność, indywidualność, prawdziwość siebie samego. Z książki Tillera wyłania się prawda, której niejeden wolałby nie poznać – że każda sytuacja życiowa, każdy moment, spotkanie z drugim człowiekiem czegoś od nas wymagają, każą stanąć na jakiejś pozycji, zająć stanowisko i tkwić na nim – czy tego chcemy czy nie. Nie jest to książka optymistyczna i nie podaje optymistycznych diagnoz. Z uruchamianych przez nią listów trzech różnych postaci, o różnych osobowościach i zróżnicowanych życiowych doświadczeniach jasno wynika, że człowiek to marionetka, jeden z trybików, którego wręcz osaczyć mogą rodzina, pozorni przyjaciele, niezrealizowane marzenia. I z tą świadomością trzeba w świat iść z podniesioną głową. 
            Skoro taką prawdę wyczytałam z 1. części trylogii Tillera, strach się bać, kolejnych tomów.   

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
 WSPÓŁPRACA

27 grudnia 2016

(…) dorosłość polega na tym, że pozwala się spoczywać w pokoju duchom z przeszłości” (s. 258). Małgorzata Warda - „Ta, którą znam”

           Wydaje się, że opowieści o relacjach rodzinnych (a w szczególności o trudnych relacjach rodzinnych), o zaszłościach, wzajemnych niechęciach, nagromadzonych żalach z przeszłości i skomplikowanej teraźniejszości są najczęstszym motywem literackim – czy to w warstwie pierwszoplanowej czy jako wątek drugoplanowy lub wręcz epizodyczny. Element ten pojawia się również w ostatniej książce Małgorzaty Wardy - „Ta, którą znam”.
          Pierwsze strony sugerują, że może to być powieść o pełnej sukcesu i zawodowego spełnienia drodze, jaką Ada - pochodząca z małego i zapyziałego miasteczka – przebyła, by stać się jedną z najbardziej rozchwytywanych fotomodelek. Ale nie - motyw z wypadkiem samochodowym jej siostry i konieczność przyjazdu bohaterki do domu, gdzie czeka zrozpaczony ojciec i dwie zagubione siostrzenice sugeruje, że może to być opowieść o nękanej wiatrem w oczy przeciętnej rodzinie, która po traumatycznych chwilach – jak to bywa w powieściach obyczajowych – podnosi się z upadku i wiedzie dalej spokojny żywot. Dość szybko okazuje się, że to też nie ten typ powieści. Bo wspomniany powyżej wypadek sprawia, że Ada musi uporać się z demonami z przeszłości, uczciwie odpowiedzieć (przede wszystkim innym) na pytanie, dlaczego tyle lat minęło od jej ostatniej wizyty w domu i dlaczego jej relacje z innymi charakteryzują przede wszystkim dystans i niedopowiedzenie. 
              Okazuje się, że „Ta, którą znam” to jedynie z pozoru opowieść o zwyczajnej, przeciętnej rodzinie, zmagającej się z dość typowymi problemami, w której jest picie - ale z umiarem i bez patologii, w której są zdrady - ale bez chęci upokorzenia, są rozwody - ale bez popularnego prania brudów, są spory i tarcia - ale bez pogwałcania rodzinnej lojalności. Jednak dość szybko okazuje się, że tu nie o relacje międzyludzkie chodzi, ale o fakt, że każda z tych postaci ma w sobie zadrę, jątrzącą się ranę, piętno, z którym radzi sobie sama, z innymi tworząc jedynie relacje powierzchowne i banalne. Więc mamy tutaj samotnego wilka-reportera odsłaniającego losy tych, którzy mają zdecydowanie gorzej do niego, mamy samotną matkę, eks-policjanta, którego dręczy nierozwiązana w przeszłości sprawa morderstwa młodej turystki, lokalnego rzezimieszka, który już od wczesnej młodości budzi postrach w lokalnej społeczności i mamy też starą cegielnię, na widok której Ada kurczy się w sobie jak małe przerażone dziecko. 
           Znajdujące się na końcu książki pytania do tekstu i ukryte w nich statystyki sugerują, że głównym wątkiem powieści należy uczynić motyw gwałtu i zastraszenia ofiary. Ale rozchwianie i wewnętrzne zagubienie innych bohaterów każe na „Tę, którą znam” popatrzeć z szerszej perspektywy. Tym sposobem książka Wardy staje się opowieścią o samotnym zmaganiu się z demonami przeszłości, o tym, że banałem jest fraza „zacząć wszystko od nowa” (bo jak to od-nowa miałoby przebiegać i wyglądać?). I po raz kolejny okazuje się, że nie można z drugim człowiekiem zbudować zdrowych i szczerych relacji, jeśli wciąż towarzyszą dni, które dawno powinny być zamknięte. 
             Może to zbyt dosłowny i pozbawiony głębszej interpretacji odbiór powieści, ale jak dla mnie jest ona czymś znacznie więcej niż obyczajówką o rodzinie nękanej różnymi przeciwnościami i błędnymi decyzjami jej członków, czymś poważniejszym niż opowieścią o dziennikarzu rzucającym się w wir pracy oraz czymś szerszym niż powieścią o brutalnym morderstwie i gwałcie. A czym może stać się dla was? Sprawdźcie. Polecam.    

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Prószyński i S-ka

11 grudnia 2016

Uczę się żyć od nowa. (s.158)

        Literacko ostatnio trafiam na życiowych rozbitków i losowe kaleki – bo źle wybrali, bo za nich wybrano, bo wpadli w sidła podłych ludzi, bo zbyt cicho protestowali, bo w ogóle nie protestowali, bo stali się ofiarą surowej litery prawa lub systemu, bo inni nie widzieli i nie słyszeli – lub nie chcieli….
Dziś o „Listach z dziesiątej wsi” Agnieszki Olszanowskiej.
Na pierwszym miejscu to powieść o pewnej porzuconej przez męża Beacie, która z dwójką dorastających synów, w zgrzybiałym mieszkaniu robotniczym musi odpowiedzieć sobie na pytanie: Co teraz? Bez pracy, bez pieniędzy, z opustoszałą lodówką, z długami (niewielkimi, ale jednak) i wstydem… Brat zadecydował, że pora wracać rodzinnego do domu. Ale tam już nic nie jest takie samo: pielęgnowany przez matkę ogród zniknął, zróżnicowane pola uprawne również – wszystko poddało się ekspansywnej sile kukurydzy przynoszącej konkretne dochody. Nawet duży ogród przy sąsiedniej posiadłości nie zachował niczego ze swojego uroku. Ale mimo to w Beacie pulsują wspomnienia o kiełkującym tam dziewczeńskim zauroczeniu przechodzącym w miłość do późniejszego męża. A to nie pomaga w dochodzeniu do równowagi. I to, co miało przynieść nowy początek czy równowagę – nowe miejsce, gwarantowana przez brata stabilizacja finansowa, pierwsza w życiu praca zarobkowa, sukcesy edukacyjne synów, nowe znajomości – niczego dobrego nie wniosło. Nawet dość uprzejmy, choć zdziwaczały, mroczny i szorstki w obyciu, silący się na miłe słowo szef nie jest w stanie dziewczyną emocjonalnie potrząsnąć i obudzić do nowego życia.
Nie powiem, te cechy Beaty budzą moją niechęć – jej tkliwość, nadmierne użalanie się nad sobą, rozdrapywanie ran… – jakby przyjemność sprawiało jej bycie kozłem ofiarnym. Takim wątkom w literaturze mówię stanowcze nie: to nie dla mnie, mnie to nie przekonuje, a rozczulanie się i „mazgajowatość” już dawno przestały mnie wzruszać. I gdyby na tym poprzestano, „Listami…” rzuciłabym w kąt. Ale nie poprzestano.
Bo powieść Agnieszki Olszanowskiej ma i drugi wątek – dla mnie znacznie ciekawszy, intersujący, wciągający i intrygujący, bo z zagadką: jest to wątek skonstruowany wokół postaci szefa Beaty: ten oschły typ spod ciemnej gwiazdy to eks-narkoman, który zerwał kontakty z rodziną i przy nie do końca wyjaśnionych okolicznościach przeniósł się na wieś. Z jakiegoś też powodu przed laty swój fast-food nazwał przekształconym imieniem „Beata” i całkiem niemało wie o jej rodzinie, a przede wszystkim o babci.
I tu pojawia się trzeci wątek powieści – drugi z ciekawych, dla mnie najmocniejszy, najbardziej wiarygodny i najciekawiej opowiedziany, bo listami. To historia babci Beaty: jej wojenne losy, codzienność między Rosjanami i Niemcami, opowieści o przesuwających się frontach, kiełkującym komuniźmie, losie kułaka, wieloletniej zażyłości z przyjacielem z dzieciństwa, o dzieciach traconych w skutek przedwczesnej śmierci, o utraconych złudzeniach kobiety z nizin społecznych. I to było życie trudne, ciężkie, smutne, pozbawione perspektyw, nadziei – ale i życie godnie przeżyte, bez krzywdzenia innych, bez kłamstw i pozorów. I jak babcia z każdej losowej opresji wychodziła cało i z godnością, tak pora, by i Beata wróciła do rzeczywistości ze swojej prywatnej dziesiątej wsi, bo „(…) dziesiąta wieś jest tam, gdzie idziemy bezwiednie, bez zastanowienia. Tylko po to, by stracić serce i spokój” (s. 204).                     
„Listy z dziesiątej wsi” to powieść obyczajowa. Ale nie z tej typu „żyli długo i szczęśliwie”. Bo to opowieść o trudnej codzienności, rozczarowaniach, własnej bezradności i nieporadności. A zakończenie jest tak niejednoznaczne, tak rozgrzebane, tak nie-kończące niczego, z tyloma pytaniami bez odpowiedzi, że musi być początkiem ciągu dalszego (jeszcze nie spotkałam takiego zakończenia – które niczego by nie kończyło, a generowało nowe pytania i było właściwie właściwym początkiem historii). Choć stronię od ckliwych „babskich” powieści, od „Listów z dziesiątej wsi” nie mogłam się oderwać.  

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA WERSJI PRASOWEJ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU PRÓSZYŃSKI I S-KA