21 października 2019

„Dzień był czasem dyscypliny, noc – chaosu” (s. 76) – M. James, Diabeł urubu


Okładka książki Diabeł Urubu

         „Diabeł urubu” to debiutancka powieść Marlona Jamesa – Jamajczyka, który w 2017 otrzymał nagrodę Bookera za „Krótką historię siedmiu zabójstw”. 
      W swej pierwszej książce opowiada o mieszkańcach miasteczka Gibbeah, którzy stali się świadkami (jak i „zezwolicielami”) pojedynku – moralnego, teologicznego i ideologicznego - dwóch przewodników duchowych: Hectora Bligha i Apostoła Yorka. W tej walce toczącej się na granicy snu i jawy, na styku umysłu trzeźwego i otumanionego oparami alkoholu, gdzie jedna strona sięga po rzeczowość, a druga po fanatyzm, przeświadczenie o zwycięstwie mąci się z dogłębną samotnością i zwątpieniem. 
        Bo tutaj wszystko się miesza: realizm z magicznością, świętość z potępieniem, język poetycko-mityczny z obscenicznym, żarliwa wiara i ewangelizacja z wierzeniami przodków, obrzędy chrześcijańskie z pogańskimi, grzeszność i upadek z boskością, cielesność z religijnością. To wszystko tu jest na granicy i wszystko się tu ściera – świat cywilizowany z pradawnym, postęp z prymitywizmem, pogaństwo z chrześcijaństwem, rozum z przeczuciem. 
            Więc skoro przestrzenie wartości się mielą, to i bohaterowie nie mogą być czarno-biali czy jednoznaczni. Ten, który z całą mocą swojej charyzmy podejmuje się nadać nowy porządek rzeczy i podnieść małą społeczność z duchowych ruin, okazuje się być demagogiem, manipulantem i szarlatanem. Z kolei ten, który nie miał prawa być jakimkolwiek autorytetem, a już na pewno podporą moralną - pijak i obdartus, znalazł w sobie na tyle siły, by mimo swojego upadku, uratować innych i pozwolić im wejść na drogę prawdy (w końcu: Prawda was wyzwoli) – o sobie, swoich pragnieniach, granicznych pobudkach jednostki, która zorganizowała życie w małej mieścinie na wzór życia kolonii karnej lub odciętej od cywilizacji komuny.
         Dlatego też przez sporą część opowieści nie wiadomo, do czego bohaterowie dążą, co jest ich pomysłem na siebie i swoje życie, co ich ukonstytuowało, co wypełnia ich dzień. Dopiero finalna scena pokazuje, jak bardzo wszyscy dali się oszukać, a nawet wręcz zaślepić – i mieszkańcy Gibbeah, tak bardzo pragnący autorytetu, który nada porządek rzeczom (nawet codziennym), że nie zauważyli chytrego wybiegu, ani czytelnik, który dopiero na końcu mówi sam do siebie: A więc o to chodziło… I bez wątpienia to jest największa wartość tej powieści – ten moment zaskoczenia, ten odnaleziony wytrych, który otwiera w głowie czytelnika uśpioną do tej pory zapadkę. 
      Nie da się powiedzieć, by „Diabeł urubu” był powieścią łatwą. Nie jest też powieścią jednowymiarową. Na pewno może budzić mieszane uczucia – polski czytelnik nie jest przyzwyczajony, by realizm magiczny mieszał się z obscenicznością, a okrucieństwo tak głęboko wchodziło w sacrum. Nie jest również powieścią o sile, znaczeniu i potrzebie szeroko rozumianych duchowości oraz fanatyzmu – choć to stanowi jej trzon. To jest powieść o zemście. O zemści jednostki, która dla zaspokojenia własnych instynktów pozwoliła sobie na sięgnięcie po „rząd dusz”. I to zgrabne ukrywanie istoty rzeczy, to trzymanie odbiorcy w niepewności, jest największym atutem tej powieści.       

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo literackie LOGO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz