30 września 2014

Wyjaśnić...

... należy moje ostatnie milczenie. Otóż - dorwała mnie proza życia - praca:) Na dowód tego ślę kilka zdjęć - najpierw zawodowych (poprawianie pracy magisterskiej od kuchni - temat: pracoholizm - po ostatnich jakże intensywnych dniach stwierdzam, że grozi mi ta skrajność:):)) a później już prywatnych - a co mi tam, powoli, małymi kroczkami wracam na łono nauki:)




Gdybym mieszkała sama i nie wstydziła się rozgardiaszu, jaki obok mnie panuje, pokazałabym jak wszędzie plączą się książki (na dużym stole, szafce nocnej i biurku) - moje i nie moje, naukowe i nie naukowe, pożyczone i prywatne... Wszędzie książki, książki, książki - i papierki, znaczniki i ołówki:):) Do tego kubki z kawami, herbatami i soczkami:) Czasem nie ma gdzie łokci położyć:)
Ale lubię taki gorączkowy stan - niekoniecznie ci, którym przyszło ze mną i moim stanem mieszkać:)

Drugie wyjaśnienie tyczy się wszystkich zapytań o to, czy nie zechciałabym sprzedać Księgarni...  Po pierwsze - jest to egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa i wszelkie "oddania" musiałabym z nim uzgadniać, a po drugie - popatrzcie na zdjęcie poniżej: czy tak "obudowaną" książkę właściciel myśli oddać? Może kiedyś, kiedyś - w najbliższym czasie na pewno nie:)


Dziś tyle:) Życzę wszystkim miłej lektury - mnie czekają trzy całkiem fajne recenzje:) - no i praca:)
A przede wszystkim - cieszmy się upalną jesienią:)

ps - skoro o jesieni mowa: na naszym tarasie zamieszkały kiedyś takie stworki:)





















Dotykałam, więc wiem, że były mięciutkie i puchate:)

27 września 2014

Przy deszczowej sobocie...

...warto zaglądnąć w jeden z archiwalnych wpisów autorki Magnolii. Monika stworzyła go wraz ze swoimi czytelnikami i wspólnymi siłami próbowaliśmy wykreować listę popularnych, lubianych, cenionych i wartościowych polskich seriali. Efekty są imponujące - a nawet zaskakujące. Możecie o nich przeczytać tutaj. Ze swej strony podałam tytuły trzech seriali i właśnie ich fragmenty chciałabym Wam pokazać. Można je zaliczyć do mrocznych, trzymających w napięciu, zaskakujących kryminałów. Nic w nich nie jest oczywiste, nikt nie jest dobry lub zły i na ich przykładzie doskonale widać, że każdy uwikłany jest w jakieś relacje - głównie toksyczne.
Może któryś z tytułów Was zaintryguje.
Po pierwsze Paradoks - wybuchowy, dosadny, nawet brutalny policjant prowadzi prywatną wojnę o sprawiedliwość a jego komisariat przypomina melinę a nie państwowe biuro:)


O czołówce i bohaterach tutaj i tutaj.
Po drugie Krew z krwi. W tym obrazie żadne pojęcie nie jest jasne ani oczywiste - ani rodzina, ani przyjaźń, lojalność, zaufanie, solidarność czy bezpieczeństwo... Jedno jest pewne - jeśli tak wygląda mafia (i jest tak blisko) to ja dziękuję, o życiu jednak nic nie wiem...



A na koniec - też o silnych i pięknych kobietach, o zemście i wierze nie w społeczną sprawiedliwość, ale w sprawiedliwość zadawaną na własną rękę:


A więcej tu i tu.

Może któryś z tych filmów umili jakże zimną, mokrą i szarą sobotę.
A my - poza Bilbem - mamy od wczoraj (do jutra) pod swoimi opiekuńczymi skrzydłami trzymiesięcznego wilczura znajomych - Czadesra:) Relacja z opieki będzie - a jakże:)
Pozdrawiam!

23 września 2014

... o znaczeniu, jakie mogą mieć książki dla podupadającej społeczności... (s.228)

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

W tym momencie jest we mnie tyle chaosu, tyle emocji, tyle myśli, że boję się, czy opowiem Wam wszystko co chcę o Księgarni spełnionych marzeń. Bo jeśli coś przegapię, nie zrozumiecie co mnie w niej zachwyciło. A walorów jest niemało!


Książka zaczyna się dość zwyczajnie – banalnie wręcz. Oto młoda, nieśmiała – prawie zahukana przez życie i ludzi – Szwedka, utraciwszy pracę w księgarni, wyrusza do USA, by odwiedzić swą listową przyjaciółkę. Jak na kogoś, kto wiedzie samotne życie, pozwala matce się upokarzać, nigdy nie wyjechał za granicę i nie wyobraża sobie pracy w innym miejscu niż lokalna księgarnia (z dale od korporacyjnego zgiełku i wyścigu po zaszczyty) jest to wyczyn dość odważny. Ale to dopiero początek psikusów od zezowatego szczęścia.
Bo docierając na amerykańską prowincję stanu Iowa, znajdując drogę do prawie opustoszałego miasteczka Broken Wheel, doświadcza największego z możliwych zawdów – dowiaduje się, że Amy nie żyje, że jedyna osoba, z którą mogła dyskutować o tym, co obie uważały za najwartościowsze odeszła, a ta całe eskapada okazała się kolejnym życiowym niewypałem. Nie spodziewa się, że w tym miejscu dopiero zaczyna się cała przygoda. Bo oto - choć Broken Wheel jest miastem wymarłym wręcz, ludzie wścibscy, zajmują się sprawami innych, dyktują im, co powinni robić, jak żyć i się zachowywać, choć Caroline to (stary za młodu) traktat moralny w spódnicy, Jen kreatorka nie tylko wątpliwej jakości życia miejskiego, a George podręcznikowy nieudacznik-pijak – okazuje się, że mieszkańcy miasta to ciekawa paleta osobowości, przekrój charakterów i zawiedzionych oczekiwań, które stały się początkiem tej jakże smutnej martwoty miasta (i temperamentów). Można powiedzieć, że trafiła kosa na kamień – przeciętna Sara trafiła do bardziej niż przeciętnej miejscowości.
Jednak nie do końca tak jest. Bo w tym szarym i pustym mieście, wśród skarbów Amy i życzliwości obcych ludzi budzą się w Sarze pokłady pomysłów i sił. Postanowiła założyć księgarnię! Czyli miejsce z tym, co kocha, na czym się zna, bez czego nie umie żyć, czym chciałaby zarazić innych. Bo Księgarnia… nie jest książką o księgarni w małym miasteczku, lecz historią o miłości do książek, o tym, czym są i czym mogą być w życiu człowieka – bez względu na wiek, pochodzenie i wykształcenie. W tym kontekście Sara okazuje się idealnym doradcą – wie, że znerwicowanej i wybuchowej Grace przypadną do gustu Smażone zielone pomidory (zapewne za ten pokazowy okrzyk Towandy:)), zawstydzonemu księdzu opowieści o Don Camillo, a wiekowej pani ckliwe romanse (które z kolei odstraszają jej koleżankę – ta woli historie o Lisbeth Salander). W tym miejscy Sara staje się lekarzem, który stawia literacką diagnozę i książką leczy każdego, kto stanie jej na drodze. Takim sposobem mieszkańcy weryfikują swoje sady o sobie, świecie, życiu, moralności, miłości z nieodłączną seksualnością. Uświadamiają sobie, że w życiu jest coś więcej niż tylko godziny przechodzące w dni i niekończąca się walka o pracę. W tekście aż się roi od fraz typu:
To musiała być przerażająca świadomość: tyle książek, których nigdy się nie przeczyta, opowieści, które będą toczyć się bez niej, tylu dawnych pisarzy, których nigdy ponownie nie odkryje. (s. 68)
Prawdziwą zbrodnią takich list nie jest to, że odrzucają wartościowe książki, lecz to, że zmieniają fantastyczną przygodę w obowiązek. (s.98)
Zapach nowych książek. Nieprzeczytanej przygody. Przyjaciół, których jeszcze się nie zna i czekających nas godzin magicznej ucieczki od rzeczywistości. (s. 329)
To jest naprawdę powieść o tym, jak książki, sowa zamknięte w okładki mogą zmienić czyjeś myśli i życie.
Nie mogę powiedzieć, że pod tym względem ksiązka ta nie przypomina Czekolady J. Harris. W obu tekstach mamy do czynienia z prowincjonalnym miasteczkiem, obcą w nim (osiadającą choćby na chwilę) kobietę, która wprowadza nowatorskie (jak na gusta tubylców) pomysły. Obie czymś kuszą – co za różnica czy słodkościami czy historiami? Obie tym łamią schematy i utarte postawy. A co najważniejsze – znajdują sposób, by zweryfikować przykrytą kurzem moralność. Różnica polega na atmosferze tych opowieści – Czekolada jest powieścią poważną, emocjonalną w sensie oczyszczającą, a Księgarnia to lekka, momentami bardzo zabawna (scena z dubeltówką w kościele wręcz rozbraja) opowieść o tym, jak może wyglądać konfrontacja starego myślenia z myśleniem nowym, młodym.
Poza ciekawą historią, opowieścią o książkach i miłością do nich książka ta ma jeszcze co najmniej trzy atuty.
Po pierwsze – co da się zauważyć zaraz po otwarciu – kompozycja. Poza Sarą bardzo ważną postacią jest nieżyjąca Amy. Pisane przez nią do Szwecji listy stanowią integralną część fabuły. Swą treścią zapowiadają to, co będzie w kolejnym rozdziale, lub podsumowują poprzedni. Nigdy nie są luźne, bez kontekstu i doskonale pasują do tytułów (równie zabawnych jak fabuła) rozdziałów.
Drugim atutem są – nie natrętne i obszerne, ale jednak – opowieści o historii książki, druku, rynku wydawniczego, a nawet z historii USA. Czyni to książkę i dialogi o literaturze bardziej wiarygodne oraz realne.
Trzeci atut to nawiązania do literatury, cała plejada pisarzy i tytułów (czego ja się nie dowiedziałam, fiu-fiu:)), o których w teksie mowa, o których opowiadały listy słane miedzy Szwecją a USA i które sprowadziła do księgarni Sara. Książka aż pulsuje od aluzji do Smażonych zielonych…, Co się wydarzyło w…, Millennium, Bułhakowa, Austen, sióstr Bronte… - a to dopiero początek wyliczanki.
Jedynym minusem historii może być duch naiwności i zbytniej banalności, ale może życie bywa właśnie proste i nieskomplikowane?
Jak widać Księgarnia… to naprawdę świetna książka o książkach, o przebudzonym do życia dusznym miasteczku, o jego mieszkańcach, którzy przestali patrzeć, jak dni im uciekają i o przestraszonej życiem dziewczynie, która przestaje być bierna. A co najważniejsze – to też historia o spełnionej miłości – i to nie jednej:)

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ:


WYZWANIE:


(...) teraz się okaże, czy potrafisz przestawić zwrotnicę i pchnąć swoje życie na nowe tory. (s. 162)

Miałam mieszane uczucia, kiedy kilka tygodni temu asystentka Zastępcy Redaktora Naczelnego Wydawnictwa AMBER zaproponowała mi włączenie się w akcję reklamową dwóch - wprowadzanych na rynek we wrześniu  - książek. Nie byłam pewna czy sprostam zadaniu a przede wszystkim, czy odnajdę się w czytaniu książek „w ciemno” mi polecanych.
Moje obawy były płonne. Przysłane mi książki nie rozczarowały a dostarczyły masę przyjemności. Jakby nadawca przeczuł, co może mi się spodobać.
Dziś o pierwszej z pozycji. To Pracownia naprawiania życia. Choć tytuł brzmi wręcz banalnie i już po kilku stronach czytelnikowi wydaje się, że wie, co będzie sednem intrygi oraz jej finału, nic nie jest tak oczywiste czy cukierkowe jakbyśmy chcieli.


Troje ludzi w różnym wieku, z różnych środowisk, po różnych doświadczeniach i perypetiach stanęło w punkcie krytycznym swojego życia. Doprowadzona do ostateczności Mariette „uciera nosa” bezczelnemu nastolatkowi, żąda od despotycznego męża rozwodu i zakłada Otwartą Szkołę dla osób kalekich życiowo. Mille - by już nie oglądać w lustrze swej byle jakiej i szarej twarzy - wyskakuje z okna, symuluje amnezję i przeistacza się w pewną siebie pracownicę korporacji. Nieakceptujący decyzji przełożonych Mike, woli noce w bramie, niekończące się waśnie z „sąsiadem”, zamiast obiadu - kolejną puszkę piwa a to wszystko po to, by zachować choć cząstkę niezależności i wolności osobistej. Wszyscy oni postawili swoje życie na ostrzu noża, po to by już nie powielać własnych błędów, nie udawać szczęścia przed samym sobą.
Te dość drastyczne sytuacje prostą drogą poprowadziły ich do tytułowej Pracowni, ośrodka, w którym Jean - charyzmatyczny, oddany swym nowatorskim metodom a przede wszystkim kalekim życiowo podopiecznym – wprowadza ich na łono społeczeństwa a przede wszystkim wszczepia im pewność siebie, stanowczość i cywilną odwagę – cechy tak potrzebne w dzisiejszym świecie.
Wszyscy oni jednym głosem powtarzają frazy typu:
Już nie była załamana ani pokorna (…) (s. 213)
(…) w ostatecznym rozrachunku wygrałam. Odzyskałam wiarę w siebie, chęć tworzenia, dążenia, brania i dawania, działania. Chęć do życia. (s. 220)
(…) byłem silny w środku, a nie tylko na zewnątrz. (s. 250)
Ale w tym momencie pojawia się jedno z podstawowych pytań: czy tytułowa Pracowanie rzeczywiście jest takim zbawczym miejscem, jak wszyscy powszechnie sądzą? jej personelem faktycznie kierują tak czyste i szlachetne pobudki, jak zakłada regulamin? czy funkcjonowaniu tego miejsca autentycznie przyświeca idea odnalezienia siebie, swoich aspiracji, poczucia wartości, wiary w sens życia i znaczenia marzeń? czy jej priorytetem rzeczywiście jest przywrócenie równowagi skołatanym sercom? czy wszystko jest faktycznie tak kolorowe, jak się wydaje a Pracownia jest początkiem drogi do szczęścia i równowagi?
Choć powieść można zaliczyć do grona tych lekkich i przyjemnych nie jest ani cukierkowa ani banalna. W kreowaniu skomplikowanych i dość nieciekawych losów bohaterów autorka wykazała się sporą dozą zdrowego rozsądku, rozwagi i znajomości tematu. Tym samym fabuła staje się wiarygodna i realna. Nie trudno sobie wyobrazić, że takie problemy, ich apogeum i rozwiązanie mogą stać się udziałem nas lub kogoś z naszych bliskich.
Z kolei język powieści jest prosty, łatwy i nieskomplikowany, ale też nie pełen truizmu czy komunałów. Może właśnie dzięki temu książkę czyta się z przyjemnością, trudno się od niej oderwać, a kiedy przerwa jest konieczna – z przyjemnością się do niej wraca.

Pracownia naprawiania życia może być lekturą umilającą jesiennie deszczowe dni oraz taką, która da wytchnienie po godzinach ciężkiej pracy.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu


WYZWANIE:

21 września 2014

Za geniusz trzeba płacić*

Zaraz po tym - jak tylko wyczytałam w telegazecie o perełce, jaką na sobotni wieczór przygotowało dla widza Ale kino+ - poinformowałam o mojej radości na FB. Choć nie powiem – bałam się, czy moja radość nie jest aby na wyrost. Ale nie – radość była uzasadniona, a film – nie, nie dostarczył przyjemności i rozrywki – okazał się wstrząsający i powalający. Uderzył w emocje, gusta i wyobrażenia o filmie biograficznym. 
Opowiada on o jednym roku z życia francuskiej rzeźbiarki Camille Claudel. Jest to rok 1915, kiedy to - zmuszona przez rodzinę do porzucenia Paryża, pozostawienia swej pracowni obcym ludziom - przebywa w zakładzie dla obłąkanych (w Montfavet). Jej długoletni romans z nauczycielem i mistrzem - Rodinem, ich rozstanie, utrata dziecka oraz żal za ukochanym uczyniły z niej kobietę nadwrażliwą, emocjonalnie rozchwianą, co pozwoliło rodzinie oskarżyć ją o szaleństwo, utratę zmysłów a w konsekwencji zamknąć w szpitalu z kobietami naprawdę chorymi i niebezpiecznymi.
Muszę przyznać, że nie jestem ekspertem „od Camilli”, od jakiegoś czasu jedynie fascynują mnie po prostu jej losy, życie na granicy rozsądku i emocji, jej talent i odpowiedź na pytanie: Kto komu coś zawdzięcza – Camilla Rodinowi czy on jej? W tym jednak filmie artystka przedstawiona jest nie jak chora, opętana myślą o ukochanym, który oszukał i zdradził, myśląca o sztuce i chętna do pracy. Jest ona kobietą, która żyła i pracował inaczej niż chciałyby tradycjonalistki – matka i siostra, która – jak zwykli wybitni artyści – żyła według swoich zasad, z dala od mieszczańskiej moralności i fałszywej sympatii innych, która w sztuce znalazła ukojenia dla rozedrganych emocji. I to stało się podstawą do usunięcia jej ze społeczeństwa. Pozostawiona sama sobie, w gronie kobiet autentycznie szalonych, zdradzona nawet przez młodszego brata, który miast ulżyć w cierpieniu, zabrać siostrę do Paryża (jak w ostatniej scenie sugerował lekarz) pozostawił ją tam na ostatnie 29 lat życia.  
Camille Claudel, 1915  jest filmem trudnym, surowym, autentycznym, depresyjnym, klaustrofobicznym; do 11 minuty filmu bohaterka (poza zdawkowymi monosylabami) nie wypowiada pełnego zdania; obraz pozbawiony jest ścieżki dźwiękowej – co jeszcze mocniej podkreśla surrealizm i obsesyjność miejsca. Istotnymi elementami są symbolika światła, jasności, które pojawiają się w kilku kluczowych scenach oraz dialogi – raczej monologi – Kamilli i Paula; wypowiadane przez nich słowa, tyrady przypominają treść listów, a nie zdania rzucane w żywej rozmowie. Atmosfera filmu jest przygnębiająca, ciężka i duszna. Tworzą ją kreacje chorych kobiet, ich mechanicznych i raczej zimnych opiekunów, (nawet sceny spaceru są przygnębiające), a przede wszystkim kontrast, jaki maluje się między obłąkanymi a zdrową psychicznie Kamillą. Takim sposobem akcja filmu toczy się na granicy obłędu i zdrowia.
               Film jest krótki, ale ubogie dialogi, brak muzyki, powolny rytm dnia w szpitalu, emocjami opowiadanie o emocjach, sprawia, że widz czuje się zmęczony, jakby pół dnia spędził w kinie. Niemniej jest to świetne studium próby prowadzenia normalnego życia w nienormalnej rzeczywistości, próby opowiedzenia o roli sztuki, w życiu artysty i procesach, w jakich ona powstaje.
Jest to wycinek kilku miesięcy z życia Camilli, bez większego odniesienia do tego, co było wcześniej i zdawkowymi informacjami, co było później.  Dlatego pora mi szczegółowo poznać życie rzeźbiarki, by zrozumieć na ile film jest wiarygodny a na ile jest fantazją twórców (może ona faktycznie była chora psychicznie, obłąkana?). Niemniej polecam tym, którzy chcą poznać losy rzeźbiarki, która przewyższyła mistrza oraz tym, których interesuje studium psychiczne artysty.



*powyższe słowa wypowiedział w filmie brat bohaterki; nie wiem, czy są one wymysłem scenarzysty czy naprawdę padły w życiu prawdziwym, ale do fabuły filmu i losów bohaterki doskonale pasują. 


Oto kilka prac Camilli Claudel:



Zdjęcia pochodzą ze strony: http://www.historiasztuki.com.pl/kodowane/005-00-07-HISTORIA-RZEZBY-XIXW.php

18 września 2014

Z Nowym Jorkiem w tle

Jest czasem we mnie jakiś opór przed książkami, które mają huczną, nachalną wręcz kampanię reklamową, które – zanim jeszcze trafią do księgarń – określa się mianem perełki, o których już na starcie mówi się: Ważne, istotne, wiekopomne świadectwa czasów, miejsc i ludzi. Wydaje mi się, że im więcej szumu wokół jakiegoś tytułu, tym jest on mniej wartościowy – bo przecież mądre książki obronią się same, nie potrzebują heroldów.
I mam świadomość, że takim podejściem tracę kontakt z kilkoma naprawdę ciekawymi książkami. Tym razem też tak mogło być. Recenzje w prasie i portalach internetowych, wzmianki w TRÓJCE, lektura tekstu w tejże rozgłośni radiowej, a nawet świadomość, że książka jest dokumentem, nie były dla mnie przekonujące. Bo przecież nazwisko autorki było mi (o zgrozo! – wiem, wychodzę tu pewnie na niemałą ignorantkę!) totalnie obce, a polski tytuł jej książki irytował formą i wydawał się głupi wręcz.
A to wszystko wynikało po prostu z mojej niewiedzy i niezrozumienia problemu.
Ale w jednym ta nachalność kampanii promocyjnej okazała się skuteczna – tytuł na tyle wrył mi się w pamięć, że o nim nie zapomniałam, a z czasem zaczęłam szperać za szczegółowymi informacjami. Ciąg moich dociekań był następujący: postać autorki i jej profesja-tematyka jej książki-czas i miejsce akcji-bohaterzy.
Dopiero kiedy z powyższych klocków ułożył mi się jakiś spójny obraz, mogłam sobie powiedzieć, że ta książka naprawdę jest dla mnie, naprawdę może mi się podobać.

A tytuł tej książki to Poniedziałkowe dzieci, jej autorka – Patti Smith.

 (źródło zdjęcia: https://czarne.com.pl/uploads/book/cover/438/patti_smith.jpg)

Mówi się, że jest ona jedną z czołowych przedstawicielek amerykańskiej sceny punk rockowej, choć ja uważam, że wykonuje jakąś formę melorecytacji własnych tekstów znacznie podkreśloną muzyką (ale krytykiem muzycznym to ja w ogóle nie jestem!). Jednak zanim związała się z alternatywną sceną muzyczną, próbowała się realizować jako malarka, aktorka, recenzentka płyt i poetka.
Interesująca mnie tu książka jest tekstem autobiograficznym. Opowiada w niej Smith o swojej drodze uzyskania artystycznej świadomości, rozwoju scenicznym, kształtowaniu się potrzeb czysto twórczych, kiedy to rozczarowana życiem w stanie New Jersey postanowiła się przenieść do NYC. Ale przede wszystkim książka ta to literackie epitafium i elegia w jednym poświęcona wieloletniemu przyjacielowi Patti – Robertowi Mapplethorpe. Łączył ich ten szczególny rodzaj więzi, który każdemu pozwala wierzyć w talent i możliwości tego drugiego; jedno drugie motywowało do pracy i szlifowania kunsztu; nawzajem się stymulowali, co pozwoliło Robertowi stać się docenionym fotografikiem (nie powiem, jak dla mnie czasem kontrowersyjnym) a  Patti sprawną tekściarską i artystką sceniczną.
Ale Poniedziałkowe… to nie tylko książka o przyjaciołach, którzy przeszli ze sobą niejedną pokrętną drogę, by wznieść się na wyżyny. To w dużej mierze książka o tym, co w Nowym Jorku lat 60. i 70. znaczyło być artystą – a przede wszystkim chcieć być artystą. To książka o wielu upadkach i wyborach, o sięgnięciu dna (jak konieczność zarabiania prostytucją na czynsz czy działkę heroiny) i wybiciu się na szczyt, to książka o tym, jak niedaleko siebie są bieda i bogactwo (w sensie materialnym) i jak sukcesowi musi czasem pomóc przypadek, to też historia o tym, jaki efekt mogą przynieść determinacja i może nawet ślepa wiara we własne siły.
Patti i Robert to też nie jedyni bohaterzy tej książki. Jest nim też Nowy Jork ze swoimi ciemnymi uliczkami, podejrzanym towarzystwem, rzeszami narkomanów, prostytutek, bogactwem i sławą, które ścierają się z szarą codziennością zwykłych mieszkańców. W Poniedziałkowych… mamy też całą plejadę artystycznych sław: Janis Joplin, Jimi Hendrix, Susan Sontag, Andy Warhol oraz tych mniej znanych, w tym  zaliczanych do grona amerykańskiej kontrkultury lub Beat Generation: Jack Kerouac, Allen Ginsberg, Jim Morrison, The Rolling Stones, William S. Burroughs, Tim Buckley, Valerie Solana, Gregory Corso, Jackie Curtis, Peter Orlovsky i wiele, wiele innych osób. W tym kontekście książka Smith faktycznie jest świadectwem czasów, miejsc, ludzi, którzy odeszli już do historii, a  niektórzy może i zapomnienia.
Z kolei język książki jest suchy, pozbawiony emocji, jego celem jest przedstawienie faktów, rzeczowych informacji a nie dostarczanie rozrywki. Autorka posługuje się surowymi frazami, szorstkimi, a nawet dosadnymi, określeniami, które świadczą, że daleko jej do ckliwego liryzmu a blisko do autentycznego wyrazu.
Muszę się przyznać, że pozycja ta - chyba jak żadna inna wcześniej - mocno i bez skrupułów obdarła mój wymarzony Nowy Jork z pozornego blichtru, przepychu i gwarantowanego sukcesu. Mówią, że miasto to jest dla wszystkich: ludzi pieniądza, sztuki, biedy, dla każdego wyznania religijnego, każdej profesji i narodowości. I Poniedziałkowe dzieci doskonale to udowadniają.
Maniera muzyczna Patti Smith nie jest moją ulubioną. Ale ma w sobie jakąś siłę przekazu – tego jej odmówić nie można. Na jej chropowatość nie sposób nie zwrócić uwagi. Dlatego może Wy też coś posłuchajcie.




WYZWANIE:


17 września 2014

Wywołana do tablicy - odsłona kolejna

Czuję się znów przywołana do tablicę – tym razem przez Dominikę Br. Wszystkim chętnym podsyła garść pytań odnośnie upodobań literackich oraz przyzwyczajeń i ceremonii czytelniczych. A oto moje odpowiedz:


Czy wolisz...

1. Czytać same trylogie czy książki jednotomowe?
Jeśli o mnie chodzi, w tej kwestii nie ma tego co wolę, a to, co się sprawdza w praktyce. Bo trylogie, serie chciałabym czytać – takich całkiem super jest całkiem sporo:) Ale zanim dobrnę do końca cyklu, pojawia się  spora lista innych książek, na którą mam ochotę i czasem seria jest niedokończona:( Więc trylogii nie wykluczam, ale w praktyce przeważają jednoczęściówki.

2. Czytać twórczość autorów czy autorek?
Bez różnicy – byleby książka była dobrze napisana, z ciekawym tematem, wartościowa pod względem treści, formy, jak i dostarczanej rozrywki.

3. Kupować w empiku czy na stronach internetowych?
Wszędzie, gdzie kupić można to, co interesuje, co jest potrzebne i na co ma się ochotę. Może być księgarnia internetowa, sieciówka stacjonarna, antykwariat, bazar – ważne jest nie miejsca zdobycia, a  towar:)

4. Filmy czy seriale na podstawie książek?
Zdecydowanie filmy. Zawierając kwintesencję, istotę fabuły, nie rozmywają (czasem zupełnie sztucznie) akcji w czasie, a co najważniejsze – od razu doprowadzają do finału.

5. Czytać 5 stron dziennie czy 5 książek tygodniowo?
Nie powiem – to pytanie sprawia mi najwięcej trudności, ale chyba jednak skłaniam się do czytanie 5 stron dziennie. Jestem zwolennikiem cieszenia się książką, delektowania fabułą, przeżywania treści. Czytanie „na akord”, na czas, jakby na wyścigi, jest jakąś formą zawodnictwa, a w poznawaniu książki nie o to chodzi. Grunt to mieć chwile przyjemności i relaksu. Chyba mi się nigdy nie zażyło, ale jakbym przeczytała 5 książek w ciągu tygodnia, zapomniałabym co w której było; pomieszałyby mi się wszystkie historie.

6. Być profesjonalnym recenzentem czy autorem?
Wybieram to pierwsze. Zawsze marzyło mi się zarabianie czytaniem książek:) – żeby mi ktoś płacił za to, że czytam; za to, co kocham. No, normalnie moje bajka:)!

7. Czytać 20 ulubionych książek w kółko czy tylko nowe, bez powracania do nich?
Nowe, kolejne, by wchodzić w świat literatury, rozwijać się pod względem upodobań, szlifować swój gust literacki. Ale nie powiem – mam kanon kilku tytułów, do których wracam, na nowo odkrywam. Pozwala mi to też przypomnieć sobie od czego zaczęła się moja przygoda z książką, co sprawiło, że taka rzecz jak książka jest dla mnie tak ważna, bliska!  

8. Być bibliotekarzem czy sprzedawcą książek?
Bibliotekarzem. Miałabym dostęp do tytułów, które chcę poznać, a które non stop mi umykają, do takich, które dzięki pracy bym odkryła i oczywiście do nowości. I ważni są też ludzie – ci, którzy wracają, stają się stałymi bywalcami, opowiadają o wrażeniach… Dla niektórych biblioteka staje się drugim domem – taką zależność zauważam w mojej miejskiej bibliotece:)

9. Czytać tylko książki z ulubionego gatunku czy z wszystkich poza ulubionym?
Wszystkie książki, które warto przeczytać. Które są nagradzane, które docenili i krytycy i czytelnicy, które szokują – czy szum jest słuszny warto samemu ocenić, które zachęcają okładką, rekomendacjami a nawet szatą graficzną (ostatnio zauważyłam, że nawet to staje się dla mnie istotne). Uważam, że trzeba być otwartym. Choćby po to, by wiedzieć, że po danego autora, cykl, wydawnictwo już się nie sięgnie.

10. Czytać tylko książki papierowe czy eBooki?
Znacznie przeważają papierowe – pachną, mają duszę, widać w nich wkład autora, wydawcy, nawet drukarni. Jednak ostatnio przekonuję się do wersji elektronicznej. Dużo się przemieszczam (autobusami), moja torba jest ciągle wypchana (mąż wiecznie pyta, co ja tam ze sobą targam, jak kangur:)), więc brak książki jest odczuwalny. To znaczy książkę mam, ale zupełnie w innym wydaniu.

Oto moje gusta. Teraz czekam na Wasze:) Myślę, że z naszych odpowiedz powstanie przedziwny obraz książkowej blogosfery w Polsce – i będzie to piękny obraz:)


Pozdrawiam! 

15 września 2014

Wywiad

Jestem niezmiernie podekscytowana: udzieliłam pierwszego w życiu wywiadu (jakże patetycznie to brzmi!) i najbardziej obłędny jest fakt, że znalazł się KTOŚ, Kto chciał mnie wysłuchać, dla Kogo moje słowa okazały się na tyle ciekawe, że je opublikował:) Muszę powiedzieć, że zadawane mi pytania były nietypowe, niespodziewane i wywiad uczyniły bardzo indywidualny. Zapraszam do Dominiki Br: http://kulturka-maialis.blogspot.com/2014/09/jaka-ona-jest-gosia-z-bloga-zielono-mi.html.
Ma ona - godny pozazdroszczenia - zmysł dziennikarski:)

  
Chcę również w miejscu tym przeprosić wszystkich, którzy czują się przeze mnie zapomniani i zaniedbani - moja obniżona aktywność wiąże się z raczej parszywymi dniami, które - mam nadzieję - należą już do przeszłości. Teraz już będzie super:)! 

11 września 2014

Dokumentalnie

Dziś znów nietypowo. Będzie nie o książkach a o filmach - które oglądnęłam i dwóch takich, które bardzo chcę zobaczyć (z polskim lektorem, bo w wersji obcojęzycznej gubię istotę). Wszystkie one są utrzymane w duchu dokumentalizmu i biografii - choć czasem z fabularną nutką.
Na początek te już poznane. Pierwszy - o cudnej aktorce i nieprzeciętnej kobiecie.


Jego narracja, sposób montażu, przenikanie się materiałów filmowych, archiwizacyjnych i tekstów samej aktorki tworzą niesamowity klimat. Polecam tym, którzy cenią Marylin, których interesuje historia kina amerykańskiego i tym, którzy chcieliby zerknąć za kulisy powstawania niejednego hitu kinowego.
Jako drugi - też dokument z filmowego świata. O docenianym, czasem szokującym i kontrowersyjnym reżyserze. Do dziś budzi serię pytań niezamknięta sprawa pewnej sesji zdjęciowej. Nie zmienia to jednak faktu, że obok tego nazwiska nie można przejść obojętnie.


Na koniec coś zupełnie innego. Dokument z rubryki kryminalnej. O pewnej amerykańskiej rodzinie, która przez trzy lata poszukiwała zaginionego syna/brata. Tyle wystarczy. Przebieg i finał sprawy pewnie niejednego zaskoczy.


A teraz dwa filmy, które bardzo, bardzo chcę zobaczyć. O wielkiej, zniszczonej i poniżonej artystce - może nawet artystce przewyższającej swego mistrza.



Polecam wszystkim powyższe tytuły. A może ktoś wie, gdzie oglądnąć wskazane filmy o Claudel?

ps - a wczoraj widziałam też świetny film fabularny - ciepły, mądry, z morałem, ale bez nauczycielskiego gadulstwa:


Polecam!!!!

8 września 2014

Oczami tubylca-nie-tubylca

Bez bicia muszę się przyznać, że mój kilkudniowy brak aktywności spowodowany był niezmiernie miłym zjawiskiem, jakim okazała się wycieczka do Budapesztu.
Wyjechaliśmy samochodem z domu w piątek koło 15., o 21. byliśmy na miejscu (jak zwykle koszmarnym przeżyciem była przeprawa przez Słowację - nie wiem czemu, ale tamtejsze miasteczka kojarzą mi się z  depresją i marazmem) i  nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy zaraz po zameldowaniu się w hotelu nie udali się w rejs po mieście. Trwał do 1.30 (z tym, że ostatnie 40 min. było pieszym powrotem do hotelu - jako gapy nad gapy, spóźniliśmy się na ostatnie metro i trzeba było iść, iść, iść...:)). Z kolei sobota była forsownym poznawaniem Budy i okolic Parlamentu (wszytko w godzinach: 10. - 22), by w niedzielę zaszyć się w jakże głośnych i imprezowych wręcz uliczkach Pesztu.
Więc dziś słów kilka o Budapeszcie - choć to nie słowa będą, a zdjęcia.
Z tym, że nie będzie to typowa relacja i wędrówka po zabytkach, klimatycznych uliczkach i monumentalnych muzeach z przystankami przy pomnikach. Będzie to próba pokazania miasta od strony zwykłego mieszkańca Budapesztu. Będę chciała pokazać miasto, oglądane codziennie przez tubylców i też takie miasto, jakie może oni chcieliby pokazać Wam - taką jego stronę, która mogłaby Was zauroczyć.
Takim sposobem będzie metro (jego duchoty, brudu i smrodu zdjęcia nie oddadzą), będą kawiarenki, oczywiście księgarnie i popularne soczki owocowe, będzie żółta (jak w NYC) taksówka, urokliwe podwórka i lokalny - bohemowy wręcz - targ (to miejsc chyba najbardziej mi się spodobało - pełen luz i swoboda artystycznokulinarna:)); nie zabraknie też miejsca dla ślubnej sesji, ulicznych bilbordów i "stateczku" dla turystów. Tych ostatnich mogą zachwycić pięknie oświetlone mosty (9), łączące Peszt z Budą, monumentalny gmach Parlamentu i panorama bajecznie oświetlonego nocą miasta - widok z Cytadeli.
Zapraszam więc do Budapesztu widzianego moimi oczami. Choć to jego wersja mini, może się Wam spodoba.
Budapeszt nocą:








Budapeszt dniem:




















Zmęczone, napuchnięte stopy piechura i jego napój ratunkowy:):



A teraz moje ukochane metro - mogłoby być moim ulubionym środkiem transportu: 





 Ale wyjazd z Budapesztu (wczoraj tuż po 15.) nie był końcem weekendowych przygód. Tuż po dotarciu do domu (jakoś o 20.30) wpadliśmy na boski pomysł i udaliśmy się na plenerowy koncert LUXTORPEDY, jaki miał miejsce w miejskim parku mojej miejscowości. Tym samym pierwszy weekend września zakończyliśmy mocnym akcentem:):)




A jutro będzie już pewnie spokojniej, zawodowo i zaglądnę do Was:)
Miłego wieczoru:)