30 kwietnia 2015

Jest to po prostu (...) identyfikowanie się umysłu rozumującego ze swym przeciwnikiem. (s. 435)

       Już jakiś czas temu ogłosiłam, że SPRÓBUJĘ sięgnąć po gatunek, który jest mi całkiem obcy i daleki – ale nie ze względu na niskie wartości estetyczne, ale ze względu na mój gust literacki, który nie mógł (nie może) się przekonać do historii z pogranicza horroru, powieści grozy czy powieści gotyckiej. I by choć spróbować zmienić swoje podejście sięgnęłam po tom 1. Opowiadań E. A. Poego. 
       Z Przedmowy dowiedziałam się, że obok nowelek gotyckich Poe popełnił kilka tekstów detektywistycznych wprowadzających bohatera-analityka, który jedynie przy pomocy dedukcji i lotności umysłu potrafi rozwiązać każdą niemal zagadkę kryminalną. Według Kopalińskiego C. A. Dupin – detektyw Poego – stał się pierwowzorem Sherlocka Holmesa. Taka uwaga nie mogła nie zrobić na mnie wrażenia. 
      Dlatego przygodę z Poem zaczęłam właśnie od trzech tekstów „śledczych” – Zabójstwa przy rue Morgue, Tajemnicy Marii Roget, Skradzionego listu.
       I już od pierwszych stron zauważyłam zbieżności z Sherlockiem: dwóch mężczyzn z szanowanych kręgów razem mieszka w liczącej się stolicy (w tym wypadku to Paryż), popołudniami z fajkami zasiadają w miękkich fotelach, jeden wyróżnia się nieprzeciętnie przenikliwym umysłem, a drugi jest jakby motorem napędowym tego umysłu; historie – zagadki, z którymi nie jest w stanie poradzić sobie zaprzyjaźniony szef (prefekt) policji - opowiadane pierwszoosobowo snuje, stojący zawsze trochę w cieniu, „pomocnik”. 
       Ale na tym podobieństwa by się zakończyły. Bo nad opowieściami o Dupinie się wymęczyłam (najmniej przy tej ostatniej, bo krótka)! Może jestem ignorantem, może nie mam gustu, ale nie wciągnęły mnie te opowieści. Są rozwleczone, a zamiast akcji, intrygi, śledztwa i powolnego odkrywania prawdy pełno w nich analiz z pogranicza logiki, psychologii i matematyki. Długie monologi mało mają z detektywistycznego śledztwa, a sporo z wywodu na temat przenikliwości ludzkiego umysłu i operacji przez niego prowadzonych. Nie powiem – zagadki  w tych opowieściach są ciekawe, kilka razy zadałam sobie pytanie: Ale o co chodzi? Tylko, że zamiast zastanawiać się nad potencjalnym rozwiązaniem irytowałam się wywodami na temat skomplikowanej natury ludzkiej myśli. Trochę jestem rozczarowana tymi historiami – zważywszy, że stały się one podwaliną dla tych wykreowanych przez Doylea. 
      Mój Mąż ostatnio czyta zbiór opowieści o Sherlocku (to)  – i jego zachwyt nijak się ma do mojej irytacji. 
      Może ja po prostu nie jestem w stanie docenić tych trzech opowiadań Poego… Cóż, pozostanę ignorantem:(

Zdjęcia pochodzą kolejno ze stron: 
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zab%C3%B3jstwo_przy_Rue_Morgue
http://pl.wikipedia.org/wiki/Skradziony_list
http://pl.wikipedia.org/wiki/Tajemnica_Marii_Roget

KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:



29 kwietnia 2015

(...) ten sam problem, co zwykle, ze światem (...). s 166

      Na jednym ze swoich obrazów Millais przedstawił Szekspirowską Ofelię jako delikatną, enigmatyczną i kruchą dziewczynę; chcąc wnioskować z wyrytych na jej twarzy emocji, można powiedzieć, że śmierć, która stała się przyczynkiem do powstania obrazu, nie była jej straszna, nie przerażała jej, ma się nawet odczucie, że stała się sprzymierzeńcem dziewczyny. Bo te szeroko otwarte ramiona to aby nie gest bezbronnego i biernego jej przyjęcia? Szekspir kazał nam myśleć o Ofelii jak o wrażliwej, rozdartej i niepewnej, może trochę zawsze przestraszonej dziewczynie; otoczona przez silne osobowości (męskie) nie miała okazji pokazać swego prawdziwego wnętrza, przemówić swoim indywidualnym głosem. Zawsze pozostawała w cieniu. Nawet jej śmierć (zamierzona czy nie – nie czas i miejsce, by tu to rozstrzygać) nie miała w sobie nic spektakularnego ani głośnego. Była za to piękna: cicha dziewczyna cicho odeszła otoczona pięknem przyrody – jakby w niej znajdywała ukojenie (to wieczne również). 

     Jaka jest tytułowa Ofelia z wydanej w 2011 roku książki Fiedorczuk? Na wstępie trzeba powiedzieć, że w tej prawie 200-stronicowej książce nie ma bohaterki o tym imieniu. Są za to Anna i Eliza oraz ich matki – głównie matka tej pierwszej. Ale - jak dla mnie – dość szybko możemy się przekonać, że Ofelią zrodzoną w polskich warunkach, uwikłaną w intrygi z polskim „smaczkiem” i „duchem” jest Anna. 
       To trudna, skomplikowana w obsłudze osoba. Z rodziną łączą ją suche i powierzchowne relacje, co sprawia, że się znają-i-nie-znają. Światem swym uczyniła swój świat myśli, wrażeń i wyobrażeń (co pozwoliło jej zostać grafikiem). Nawet najlepsza koleżanka została najlepszą koleżanką nie dzięki niesionemu wsparciu, akceptacji, czy szczerości, a z własnego kaprysu. Jak Ofelia, Anna nie ma siły przebicia – podporządkowana patriarchalnemu porządkowi domu, przebojowej, mało szczerej, zawsze grającej, udającej i perfekcyjnie kreującej odbiegające od rzeczywistości i autentyczności historie Elizie, wielkomiejskim regułom, niczym duch sunie po tym świecie i jego realiach, wciąż z jego prądem i bez wzniosłości (nawet własne zakochanie (?) i późniejszy rozwód przyjęła z byle-jakością), niczym ryba zaplątana jest w sieć relacji, których w sumie nie chce. Najlepiej czuje się z dale od gwaru, tłoku i pędu dnia – w parkach, na łąkach i małomiasteczkowym domu matki; wyzbyła się potrzeby posiadania większych dóbr materialnych (poza książkami). Wiadomo, że najwięcej (w tym autoanalizy i wszelkie osądy) dzieje się w jej głowie. Na zewnątrz cicha i jakby-obok,  w środku toczy przepełnione bezsennością boje o siebie, swoją (toż)samość (w tym seksualną), autentyczność i wiarygodność. Należy do tego typu osób, które bezustannie muszą się siebie i świata uczyć – bo nigdy do niego w pełni nie przynależą. W rozmowach nie uczestniczy: choć mówi - jest obok, nie wypowiada słów, a je cytuje, przytacza, jakby zdania nie ona wypowiadała czy usłyszała; świat wciąż generalizuje i tłumaczy niczym tajemną księgę – przez jej głowę raz za razem przelatują definicje podstawowych pojęć: miłość, radość, wojna, życie. Anna to osoba, która nie do końca jest realna i realnie żyje – ma się wrażenie, że w jej perspektywie wciąż życie miesza się ze snem i półsnem, a wszystko przypomina jakiś sen wariata.
      Ale „Biała Ofelia” to nie tylko książka o dziewczynie, która – nawet nieświadomie – próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie i odpowiedzieć na pytanie: Kim jestem? To też książka o obsesji, o zacieraniu się granicy między jawą i snem, o śnie, który coraz bardziej zastępuje życie, o życiu, które umiera pod wpływem fikcji i wyobraźni; to książka o życiu wypieranym przez literaturę i o literaturze, która projektuje życie. To też książka o inicjacji, o wychodzeniu z dziecięctwa, o dorastaniu do dorosłości, o świadomej dorosłości, o do odpowiedzialności za siebie i swoje potrzeby, o uświadamianiu sobie tych najbardziej ukrytych potrzeb i pragnień. 
       Niewątpliwie jednym z atutów tej historii jest narrator – niczym niewidzialny chirurg niewidzialnym skalpelem rozcina głowy i dusze postaci, grzebie w ich wnętrzach i odsłania to, co zalega i boli – bo radości tam za wiele nie ma, za to całe masy różnych bolączek. Narrator sprawia, że jego historie nie są opowiadane, a  same zaczynają mówić, niczym malarz je odsłania i bez słów mówi: Oto one. 
       Kolejnym walorem jest rażący kontrast między głównymi bohaterkami: cicha, wrażliwa, bystra, inteligentna, samodzielna a z drugiej strony przestraszona, żebrząca o akceptację Anna naprzeciw przebojowej, rozrywkowej, dobrze sytuowanej, pewnej siebie ale za to nieszczerej, łasej na komplementy i pozerskiej Elizy. W tym zestawieniu okazuje się, że wycofana i milcząca Anna ma znacznie więcej do powiedzenia i pokazania niż krzykliwa koleżanka ze szkolnej ławki. 
      Nie można pominąć też nastroju książki: mglisty, ciężki, depresyjny, z pogranicza realności i lekowo-alkoholowej maligny, pełen duchoty transformacji początków lat 90. i późniejszego blichtru niektórych sfer, to też nastrój generowany przez fazy księżyca – świadka narodzin Anny i jej bezsennych, pełnych refleksji, analiz i nadziei nocy (stąd tytuły poszczególnych rozdziałów, odnoszących się do geologii gruntów Księżyca); nastrój książki jest taki, jak nastrój bohaterek: przytłaczający albo smutkiem albo wieszczącą katastrofę pijacką wręcz euforią. 
       Każdemu, kto chciałby sprawdzić jakie walory (lub niedociągnięcia) książki Fiedorczuk pominęłam polecam „Białą Ofelię” – to książka na tyle ciężka, że na długie dni zalegnie w pamięci. 

Reprodukcja obrazu pochodzi ze strony: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ofelia_%28obraz%29.



KSIĄŻKA BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:


24 kwietnia 2015

Co skrywa szuflada? - cz. 3.

Kwiecień to zdecydowanie nie jest mój blogowy (i książkowy) miesiąc. Zakładając Zielono Mi… nie sądziłam, że kiedyś może przyjść czas takiej posuchy, milczenia, niepublikowania, nie opowiadania o tym, co literackiego się koło mnie dzieje i zaniedbywania bliskich mi blogów. Początkowo kwiecień zdominowało przedświąteczne (i świąteczne) napięcie, później był czas rozliczania się z grupami maturzystów, a tuż po nim przyszły dni odchwaszczania autorsko komponowanej „skarpki” i sadzenia innych skarbów. To już za mną. Ale, że w połowie maja znów jadę „na podbój” Rzeszowa (już z nerwów aż się trzęsę i katastroficzne wizje głowę osaczają) trzeba mi się jakoś przygotować i wewnętrznie skupić – więc Zielono Mi… wciąż ode mnie odpoczywa…

Ale dziś choć to mogę pokazać – ostatnia odsłona z cyklu Co skrywa szuflada? Tekst ten – pewnie wielce nudny, dość powierzchowny – stał się przyczynkiem do powstania znacznie dłuższego, szczegółowszego i bardziej zdyscyplinowanego (później opublikowany tu). To naprawdę niesamowite jak 4 strony maszynopisu mogą rozróść się do 17:) Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać – zapraszam! 



ŻYCIE WSZCZEPIONE W ŚMIERĆ. O SYMBOLACH W POEZJI HALINY POŚWIATOWSKIEJ

Umierając w wieku 32 lat, pozostawiła po sobie Halina Poświatowska - młoda pracownica naukowa Katedry Filozofii Przyrody Uniwersytetu Jagiellońskiego - plik tłumaczeń z francuskiego i hiszpańskiego, jak i notatki przygotowywane na kolejne ćwiczenia ze studentami. Jednak jej spuściznę intelektualną stanowi przede wszystkim pokaźny zbór poezji oraz prozy poetyckiej. Przedstawiając przy pomocy metafor i omówień poetyckich głębię, czar i urok kobiecości, swoją fizyczną ułomność zakorzenioną w chorobie serca oraz duchową siłę, odwoływała się poetka niejednokrotnie do różnorakich symboli głęboko osadzonych w kulturze.  
Mając na uwadze, że obraz i idea symbolu są nierozłącznymi elementami, uczyniła z nich podstawę poezji. Tym samym traktuje symbol, jako stały przekład, który uzupełnia tłumaczenie danej treści; jako wskazówkę do rozumienia zachowań i postaw ludzkich: wskazówkę porządkującą i wprowadzającą trwały punkt, kładącą kres chaosowi[1].
Zasady te znaleźć można w poniższym wierszu:

***
dlaczego nie drzewem
drzewo o krwiobiegu złotym
tak samo pnie się wzwyż
zachłannie rośnie
dojrzewa
w skupieniu
w nagrzane słońcem południe
rodzi
jesienią
odrzuca pamięć lata
porywczym rekom wiatru
oddając liści sierść
ekshibicjonizm drzewa
i doskonała pod mym łokciem
kiedy piszę – śmierć[2]


            W jakiej to sytuacji cytowany wiersz stawia czytelnika? Co to za stan staje się tu myślą przewodnią? Operuje on opisem, analizą, czy refleksją? - a może wszystkiego po trochu?
            Bo oto przedstawia podmiot liryczny sytuację drzewa. W jego mniemaniu drzewo takie cechuje determinacja życia, jego siła i pragnienie, potrzeba przetrwania – oraz trwania w ogóle: pnie się to drzewo, rośnie dojrzewa, rodzi i pozwala, by ten „krwiobieg złoty” wciąż w nim tętnił. A czym jest drzewo samo w sobie?
            Dorobek kultury uczynił z niego symbol podpory świata, wzrostu, odnowy, odrodzenia, wiosny, niewyczerpanej płodności, zwycięstwa życia nad śmiercią, siły życiowej, wyczekiwanego spełnienia kresu czasów, odnawiania sił witalnych, nieśmiertelności. Samotne drzewo, jak to przytoczone w wierszu, przywołuje na myśl sacrum: odtwarza zasady funkcjonowania świata - obowiązujące na jego początku; staje się jego osią łączącą sfery Kosmosu, jak również odzwierciedla ono rozum, poznanie, wiedzę, mądrość, wiadomość, czym zmienia stan świata i status człowieka[3].
            Drzewo w przytoczonym wierszu jest esencją życia: pnie się, wzrasta stara się osiągnąć wyżynę, górę, która sama w sobie jest kolejną osią i podstawą świata - sprzyjając skupieniu i medytacji, umożliwia ona zdobycie wiedzy pełnej, przekraczającej tę codzienną, a takie wzrastanie, osiąganie góry odzwierciedla drogę ku świętości – ale również i śmierci[4].
            Będąc źródłem mądrości, siły witalnej, nieśmiertelności, stanowiąc - wespół z górą – oś świata, staje się drzewo obrazem jednego z podstawowych ludzkich instynktów – życia. Życie, opisywanego przez poetkę drzewa, wyznacza i dopełnia słońce. Staje się ono symbolem boga, dobra, inteligencji, nowego początku i życiowej zasady; pozwala rosnąć, rodzić a jesienią gubić liście, obumierać i oddawać się śmierci - by każdorazowo życiem ją pokonywać[5]. Wraz z innymi symbolami potęguje ono znaczenie życia, pogoni za nimi, zachłannego pragnienia go, a nawet zatrzymania za wszelką cenę. Jak drzewo i góra, jest słonce w poezji Poświatowskiej wyrazicielem sensu życia i bezustannej jej potrzeby w odgadnięciu jego sedna. Uruchamiając szereg symboli, nadała poetka życiu znaczenie uniwersalne, totalne i nadrzędne – to symbole mówią tu o sile i zaborczości życia.
            Mając krwiobieg, rodząc, dojrzewając, dostępując mądrości, rozpościerając się między życiem a śmiercią, stało się drzewo odzwierciedleniem człowieka, jego literackim obrazem. Dotknęła tym samym poetka żywego w kulturze zjawiska antropomorfizacji[6] - materii przypisała cechy ludzkie. Wykreowany człowiek - drzewo prezentuje siłę, energię, pragnienie życia i zachłanność poznawania swej drogi – pomimo wiedzy, że u jej kresu musi się „zgubić liście”; posiadając „korzenie”, czuje chęć głębszego, mocniejszego i pełniejszego dostępowania upragnionego życia.
            Jako nieuleczalnie chora na serce, przeczuwała poetka, że człowiek kieruje się głodem życia, całkowitą jego potrzebą i pragnieniem odczuwania go każdym włóknem swego ciała. Opisując drzewo – człowieka, zagłębionego w płaszczyznę symboli życia oraz motywowanego wartościami witalnymi, odważyła się poetka opisać siebie i zaprezentować swe najintymniejsze myśli. Dzięki nim wnioskujemy, że życie ma dla niej najwyższą wartość - staje się niemal bogiem. Swym uwielbieniem i pochwałą podkreśla jego nadrzędność nad innymi potrzebami, a nade wszystko nad instynktami[7]. Zachłanność drzewa jest jej zachłannością, a nagość drzewa, wobec przestrzeni życia, jest jej nagością. Dokonując afirmacji życia, zgadza się na śmierć – poetka świadoma jest ich współistnienia, symbiozy, niczym nierozerwalnej więzi.
            W innym utworze można przeczytać:

***
zamknij oczy
położę palce
na opornych powiekach
zaśnij
tak wiatr
pieści
nieruchome drzewa
oczekujące głucho
najlżejszego z pocałunków
śmierci[8]

            Według Poświatowskiej życie otrzymuje wartość we współistnieniu ze śmiercią, jego doskonały kształt dopełnia się poprzez znienawidzoną śmierć – śmierć, w cieniu której przebiegło całe życie poetki[9].
            Takim rozumieniem wszczepia się ona w Dilthey’owskie pojmowanie życia. Twierdził on, że totalność życia obecna jest w ludzkim rozumie, który kształtuje też nasycone życiem związki duchowe. Kierowane rozumem życie pozwala doświadczać przyczyn indywiduacji[10], jak i form jego doświadczenia wewnętrznego, a samego człowieka nazywa Dilthey częścią składową społeczeństwa[11].
            Rozum, dusza i jednostkowość, motywowane według Dilthey’a życiem, w poezji Poświatowskiej podporządkowane są sile, ekspansji i nadrzędnej wartości tegoż życia. Los jej indywidualnego, rozumującego drzewa, jak i los człowieka nasyconego związkami duchowymi, kierowane są przez to samo życie. To ono nadaje kształt, formę i granice temu, co indywidualne, osobiste i samoistne. Dążące do zdobycia wiedzy, poznania i uchwycenie życia, drzewo z poezji Poświatowskiej, jak i człowiek z filozofii Dilthey’a, podporządkowani są tym samym regułą – wszczepienia w życie zewnętrzne i wewnętrzne, bez względu na przeżycia i doświadczenia.
            Wespół z Dilthey’em uważa Poświatowska, że świadomość przeżycia, jego istnienie i zawartość stanowią dla człowieka jedność[12]. Tym samym życie jest całością konstytuowaną przez relacje wszystkich części: tworzą one ogląd przebiegu życia, wiedzę na jego temat i wszystkie są w nim zawarte, nadając mu realności. Przeżycia z kolei pozwalają postrzegać życie jako coś pojedynczego, jednorazowego i własnego[13]. Dlatego też rozumie Poświatowska swe osobiste życie jako twór zbudowany z pojedynczych „cegiełek” pełnych pasji, namiętności i głodu tegoż właśnie życia, doświadczania go za wszelką cenę i wszelkimi zmysłami. Natomiast niegasnąca świadomość zbliżającej się, czyhającej śmierci, nadała temu życiu nierozerwalną, spójną całość, przepełnioną tętniącym witalizmem.  
            Analizując przyczyny indywiduacji i przeżycia, dotknął Dilthey również problemu ekspresji życia. Dla niego ekspresja to zarówno wypowiedź zawierająca sądy lub znaczenia, jak i wypowiedź, będąca wyrazem życia duchowego i czyniąca je zrozumiałym. Odwołując się do przeżyć, uważa Dilthey, że taka ekspresja czerpie „siły” ze struktury duchowej i jej głębin, a używając przy tym rozumu czyni je autentycznymi[14]. Również do tego spostrzeżenia Poświatowska się odniosła. Dla niej ekspresja to nic innego jak kolejna z możliwości wyrażenie swojej zachłannej postawy wobec życia. Używając ekspresji, jej niegasnące siły duchowe, siły życia i jego ludzki głód, mogą to życie poznawać, bezustannie pragnąc i zdobywać. Autentyczna ekspresja przeżyć, podkreślana witalizmem symboli, pozwala Poświatowskiej głębiej, pełniej i ciągle doświadczać życia, którego głód nigdy nie wydaje się być zaspokojony.
            Budując obraz poetycki z wielorakich symboli, udowodniła poetka, że życie to nic innego, jak dwupłaszczyznowy twór zachłannie pragnący przeżywać siebie samego. I jest to również twór umożliwiający, wespół z przeżyciami, rozumienie pojedynczej osobowości i systematyzowania wiedzy na jej temat[15]. Dała tym samym poetka do zrozumienia, że ona i zachłanne, totalne pragnienie życia to nierozerwalna jedność – nawet jeżeli ma się do czynienia z życiem całkowicie wszczepionym w śmierć. Życie dla niej to jedna z najpełniejszych i najbardziej wiarygodnych możliwości poznawania i doświadczania siebie, wychodzenia poza własne słabości i ułomności – jednym słowem: to najdoskonalsza z metod pozostawienia śladu własnego istnienia oraz wielkości tego istnienia. A o takim doświadczaniu życia nie można pisa inaczej, jak słowami:

***
Żyj – mówiłeś – jesteś promieniem słońca schwytanym w barwę kwiatu. Jesteś miękkim dotykiem skrzydeł pszczoły jesteś wąskim źdźbłem trawy brzękiem chrabąszcza – mówiłeś – żyj (…)[16].



[1] Por.: Encyklopedia szkolna. Literatura i nauka o języku, pod red. A. Makowieckiego, Warszawa 1999,
s. 732–733; S. Freud, Wstęp do psychoanalizy, tłum. z j. niem. K. Obuchowski, Warszawa 2000, s. 159; Z. Rosińska, Jung, Warszawa 1982, s. 74; M. Eliade, Sacrum i profanum. O istocie religijności, tłum. z j. franc. R. Reszke, Warszawa 1996, s. 21; A.P. Kowalski, Symbole w kulturze archaicznej,  Pozna 1999, s. 26 – 28.
[2] H. Poświatowska, Wiersze wszystkie, Kraków 2007, s. 143.
[3] Por. Leksykon symboli, opr. M. Oesterreicher-Mollwo, przekł. J. Prokopiuk, Warszawa 1992, s. 33 – 36; P. Kowalski, Leksykon znaki świata. Omen. Przesąd. Znaczenie, Warszawa – Wrocław 1998, s. 94 – 101, W. Kopaliński, Słownik, symboli, Warszawa 1990, s. 71 – 75.
[4] Por. P. Kowalski, op. cit., s. 141 – 149.
[5] Por. Leksykon…, op. cit., s. 32, s. 146 – 147.
[6] Por. tamże, s. 34.
[7] Por. H. Poświatowska, Wiersze wybrane, Warszawa 1975, s. 217.
[8] H. Poświatowska, Wiersze wszystkie, op. cit., s. 114.
[9] Por. H. Poświatowska, Wiersze wszystkie, op. cit., s. 339.
[10] Por. W. Dilthey, Wybór pism, tłum. K. Krzemieniowa, (w:) Z. Kuderowicz, Dilthey, Warszawa 1987, s. 191 – 195.
[11] Por. tamże, s. 196 – 203.
[12] Por. tamże, s. 200.
[13] Por. tamże, s. 206.
[14] Por. tamże, s. 216.
[15] Por. tamże, s. 209.
[16] H. Poświatowska, Wiersze wszystkie, op. cit., s. 449. 

9 kwietnia 2015

Wiosna!

W ostatni poniedziałek śniegu tyle, że trzeba nam było szukać samochodu z zimowymi oponami, a dziś świat śpiewa, śmieje się i wręcz do zabawy zachęca:) Więc poszłam walczyć z chwastami w ogrodzie. Ale długo to nie trwało, bo zachwycona widokiem, chwyciłam za aparat...
Fotograf ze mnie żaden, ale efekt jest:





A na koniec - całość, co oko basz cieszy:):)


8 kwietnia 2015

Czego jeszcze nie wiemy o ostatniej powieści Myśliwskiego? Wędrówka śladami bohatera "Ostatniego rozdania"

Dziś kolejna odsłona z cyklu: Co skrywa szuflada? Tym razem stary już tekst o Ostatnim rozdaniu Myśliwskiego. Dla wielu książka już zakurzona, oddychająca powiewem echa, dla wielu dawno zapomniana - dla mnie wciąż żywa i ważna. Kiedyś już tu o niej wspominałam, jakaś mini wzmianka była, ale nic wielkiego i istotnego. Dziś przynajmniej będzie długo. Może się komuś spodoba:)



         Przez ostatnie dekady talent Wiesława Myśliwskiego przyzwyczaił czytelników do tego, że ten, kto choć raz zetknął się z jego prozą, nie może przejść obojętnie obok kolejnego tytułu. Otwierane przez autora każde nowe perspektywy i przestrzenie już zawsze będą kusić oraz wabić. Nie inaczej jest w kontekście Ostatniego rozdania.
Dziś jednak wydaje się, że o tej książce powiedziano i napisano wszystko, a głos w jej sprawie zabrali już niemal wszyscy – recenzenci zawodowi i amatorzy. Można się od nich dowiedzieć między innymi, że tekst ten należy do grupy polskich arcydzieł literatury, gdyż: „Istnieją (…) powody, dla których dzieła tego pisarza tak chętnie nazywamy arcydziełami. Znam jeden z nich: to wielka tęsknota za arcydziełem. Tak wielka, że aż sprawcza”[1]. 
Czy wobec tego jest coś jeszcze do dodania?
Spróbujmy sprawdzić.
Zacznijmy może od odpowiedzi na pytanie o gatunek literacki. Występowanie narratora, bohaterów, wątku głównego i pobocznych, opisów oraz dialogów, sugeruje, że to powieść. Ale na wyżej wymienionych cechach nie można poprzestać. Bo jak na Myśliwskiego przystało,  sporą część tekstu stanowią rozważania filozoficzne, moralne a nawet coś na kształt „złotych myśli”.  Przedmiotem ich są takie wartości, jak: praca, miłość, pokój, sztuka ze wszystkimi jej rodzajami, sprawiedliwość, rodzina, odpowiedzialność a nawet epistolografia. Nie stroni Myśliwski od odwołań do takich myślicieli, jak Hegel, Nietsche, Fromm, czy Tomasz Mann. Wszystko to zbliża ten tekst do powieści filozoficznej. Ale by nie być ani banalnym ani nudnym, rozmyślania te wplótł autor między i w- wypowiedzi poszczególnych bohaterów, ich opowieści oraz monologi głównego bohatera-narratora. Pojawiają się tam jakby przy okazji. A może to mimochodem pojawiają właśnie historie i opowieści, a trzon stanowią jednak rozmyślania?
Jednak jak to jest naprawdę, musi ocenić sam czytelnik. Te, jak i kilka innych kwestii.
Choćby tę tyczącą głównego bohatera. Kim on jest? Jak ma na nazwisko? Na imię? Gdzie mieszka? Gdzie wyjeżdża? Skąd wraca? Jakie tak naprawdę ma wykształcenie? Ile razy zmieniał mieszkania i z iloma kobietami był związany? Dlaczego odszedł od Marii, która z niego nigdy nie zrezygnowała i przez całe swe mało wiarygodne życie traktowała z prawie nabożnym szacunkiem? Kiedy rozpoczął swe wspomnienia? Komu snuje te opowieści? Dlaczego opowiada głównie życie innych (choćby matki, Matei, Radzikowskiego, Joachima Steinera, Sabiny, Marii), a swoje traktuje jakby po macoszemu, mimochodem informując o jego kolejach? A nawet na to, ile stron może mieć ten historyczny dziś już notes, od którego cała opowieść się zaczyna?
Nie jesteśmy chyba w stanie odpowiedzieć na te pytania. Okazuje się, że na temat bohatera wiemy mniej niż więcej. Może mieć lat 70 jak i 60. Na pewno wiemy, że urodził się podczas wojny i że nigdy nie poznał swojego ojca, co położyło się cieniem na jego późniejszym życiu. Wiemy też, że we wczesnej młodości oglądał film Siódma pieczęć (z 1957 roku, reżyser: Ingmar Bergman), a badając notes szuka siebie głównie pod literą K. Widzimy też, że swoją opowieść prowadzi chaotycznie, przeskakuje z tematu na temat, zaczyna jakiś wątek i go nie kończy, by znów powrócić do niego jakby nieoczekiwanie sobie o nim przypomniał. Pozwala innym postaciom mówić za siebie, jakby ta przydługa opowieść go męczyła. A oni mówią długo – i chętnie. I matka, i krawiec, i szewc, i kochanka-modelka, i Romeo, i inżynier-budowlaniec, a już na pewno Maria – ona, choć często rozhisteryzowana, mówi, mimo, że nikt jej o to nie prosi. Dlaczego? Na to pytanie też odpowiedź musi znaleźć każdy czytelnik – a pomocą może być ostatni, niedokończony rozdział.
Bohaterowie tych opowieści mówią nieskładnie, potocznie, niedbale, sięgając niejednokrotnie po wulgaryzmy (Romeo) i wydaje się, że jedynie Maria chce zrobić również w tej materii jak najlepsze wrażenie.
Skoro nie możemy jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, kim jest bohater może powiemy jaki jest?
Więc jest samotny – i to na wskroś. W kilku kluczowych dla swojego życia momentach sięga po pękaty od adresów i osób notes, ale okazuje się, że nie ma do kogo zadzwonić, napisać, nie ma kogo zapytać. Okazało się, że nie wystarczy „mieć kogoś na papierze” – trzeba go mieć też w życiu, dbać o niego, lub choćby stworzyć pozory dbania. Wyrzucając poszczególne osoby z życia, skazał się na niepamięć – swoją (bo w końcu skądś się wzięła ta niemożliwość przypisania osoby do nazwiska) jak i o sobie. Aż dziw, że Maria tak długo go pamiętała.
Bohater to też osoba egoistyczna – z wygody preferuje niezobowiązujące związki z kobietami, pozwala popaść w ruinę rodzinnemu obejściu, zmienia kolejne biznesy na bardziej intratne, nie ma potrzeby posiadania potomstwa i nie dba o przyjaźnie. Jednak czy aby na pewno jest to tak pozbawiona sentymentów? Bo przecież wykupuje – za pierwotną cenę - dla dawnego pracodawcy rustykalną szafę, w jednej ze swoich firm chce zatrudnić nikogo innego jak nieokrzesanego Romea, a obraz, który przyniósł mu najwięcej zaszczytów, oddał nie komu innemu, jak budowniczemu szkoły.
Można też o tej postaci powiedzieć, że jest swoistym „dzieckiem szczęścia” – na każdym etapie życia spotykał osoby, które podawały mu pomocną dłoń, promotorów, mentorów czy choćby opiekunów; ludzi, którzy chcieli ułatwić mu start w dorosłość. A on raz za razem, z tych dłoni rezygnował. Dlaczego? I z tą kwestią musi się zmierzyć czytelnik sam.
Ale jest kilka kwestii, co do których można mieć całkowitą pewność.
Bohater to prawdziwy pasjonat sztuki. Uczęszczał do szkoły plastycznej, zaczął studiować malarstwo, jako dorosły już tworzył kryształy, sprzedawał antyki a nawet miał ambicję projektować ubrania. Poczucie piękna i estetyzmu towarzyszyły mu przez całe życie. Pojawiające się w pewnym momencie postacie Joachima-malarza i Niemca-muzyka, wydają się być kluczowe dla historii bohatera: po poznaniu ich historii obudziła się w nim jakaś determinacja, która pozwoliła mu wyrwać się z małomiasteczkowej duchoty. Raz za razem wraca też  motyw obrazu z lalką i to bez względu na moment życia głównej postaci, jakby bez pamięci o tym dziele bohater i jego los był niepełny a wręcz wybrakowany.
Wiadomo też, że interesująca nas tu postać z obsesyjnym niemal uporem zrywa ze wszystkim, co wiązałoby się ze stworzeniem stabilizacji, trwałości, przywiązania do kogoś i czegoś. Świadomie skazuje się na „wydziedziczenie”, emocjonalne wysiedlenie i duchową bezdomność. Jego oderwanie od wszystkich jest na tyle totalne, że nie ma do kogo zadzwonić z pytaniem o życie Marii. Swój los doprowadza do momentu, w którym o nim jako o człowieku świadczy nie drugi człowiek a notes – te kilka kartek z takim uporem zapisywane cudzymi nazwiskami i adresami. A do swoich – jakże licznych – adresów nie czuje przywiązania. Nawet ich dobrze nie pamięta. Dlaczego? Kolejna zagadka.
Z treści można też wysunąć kilka sztampowych wniosków: jest to powieść o pierwszym zakochaniu i pierwszym rozstaniu, o głębokiej miłości macierzyńskiej, o poszukiwaniu swojego miejsca w życiu i świecie, o trwałości (lub nie) młodzieńczych przyjaźni, o odwadze, dojrzałości do samodzielności, o wychodzeniu z domu, przekraczaniu granicy między młodzieńczością a dorosłością. Jest to też powieść o próbie (udanej?) odpowiedzenia na pytanie: kim jestem i co mnie determinuje?
Zagadką jest też sam tytuł. Można do rozumieć na wiele sposobów. Może w nim chodzić o analogię między rozdaniem kart w kolejnych partiach pokera, a rozdaniem kart swojej (?) biografii. Może też chodzić o wizualne podobieństwo między talią kart a kluczowym dla tej opowieści notesem – i jedno i drugie rozsypuje się w dłoni bohatera. Może chodzić nawet o akt rozdawnictwa: kart w czasie pamiętnej, ostatniej partii gry i wypisów z własnego życia – bo przecież i gra i życie zmierzają do jakiegoś punktu kulminacyjnego, spektakularnego finału. Może też chodzić o rangę finalności, ostateczności – jak nie będzie już więcej pokerowej partyjki, tak bohater nie pokusi się już więcej o rozliczenie z własnym losem. A może sens tytułu jest jeszcze bardziej banalny. Może chodzi po prostu o to, że główna postać ostatni raz wertuje notes i ostatni raz opowiada swoje życie – choćby samemu sobie. By stać się bardziej wiarygodnym, kompletnym i pełnym – przynajmniej we własnych oczach.
Jak widać powieść ta nie daje odpowiedzi na liczne pytania. Wręcz przeciwnie: każdy kolejny rozdział rodzi nowe, następne i z kolejną kartką jest ich coraz więcej. Czytelnikowi wydaje się, że im dłużej czyta tym wie mniej – nie więcej, że wszystkie informacje o bohaterze są przez niego podane przypadkowo, bez logicznej selekcji. Mimo tego czytelnik dowiedział się sporo o sobie, kondycji człowieka, ludzkim losie, jego uwarunkowaniach i naturze. Więc jeśli ktoś chce spróbować odpowiedzieć na pytanie: kim jest istota ludzka? powinien sięgnąć po Ostatnie rozdanie Wiesława Myśliwskiego. 


[1] D. Nowacki, Nowa powieść Myśliwskiego. Czy znów arcydzieło?, (w:) http://wyborcza.pl/1,75475,14575452,Nowa_powiesc_Mysliwskiego__Czy_znow_arcydzielo___RECENZJA_.html, z 10.09.2013. 

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3823,Ostatnie-rozdanie. 

Wyzwanie 2.