27 listopada 2017

(…) mogłoby to być i nawet Twoje milczenie, byleby przy mnie (s. 147) –Ireneusz Morawski, Mariola Pryzwan, Tylko mnie pogłaszcz... Listy do Haliny Poświatowskiej


       A jednak potrzeba mi twoich słów i trzeba twojej pamięci. Pamiętaj o mnie, dobrze? Może będę się mniej bała, może będę usypiała spokojniej... Oraz: Są takie noce, przyjacielu, kiedy świat się kończy. Świat odchodzi i zostawia nas z rozszerzonymi źrenicami i bezradnie opuszczonymi rękoma
     Tak w wydanej po raz pierwszy w 1967 roku, nakładem krakowskiego WL, „Opowieści dla przyjaciela” zanotowała Poświatowska – filozof, poetka, tłumaczka, autorka kilku dramatów i całej masy listów, które z uporem do licznych znajomych pisała przez całe swoje krótkie życie. Tym tajemniczym, tytułowym „przyjacielem” jest Ireneusz Morawki – polonista, literat, którego Poświatowska poznała jeszcze w czasie swojego „częstochowskiego” okresu. Ich emocjonalna zażyłość, ostudzona przez pobyt Poświatowskiej w USA i późniejszy wyjazd do Krakowa, stała się przyczynkiem do tego autobiograficznego przekazu. Ale nie tylko ta pozycja świadczy o uniwersalizmie czy sile ich relacji. Poza nią są jeszcze listy. Cała masa listów – bo Poświatowska z nich „słynęła”. 
        I całkiem niedawno nakładem Prószyńskiego i S-ka ukazał się zbiór listów – „Tylko mnie pogłaszcz…(…)” - jakie przez lata wysyłał do poetki Morawski. Były one nie tylko odpowiedzią na jej wiadomości, ale są również „dowodem” na „epistolarne inicjatywy” autora „Spotkania z Marią”. W zbiorze tym są listy i długie i krótsze, poważne i o lżejszej tematyce, okraszone aluzjami politycznymi i literackimi (ta jest rozbrajająca: „Szkoda, że nie było Pani na tym zjeździe. Rewelacyjne wiadomości. muzyka skończyła się definitywnie jeszcze w dziewiętnastym wieku. Znalazł się także pewien optymista, który dość hałaśliwie obwieszczał nieśmiertelność jedynie poezji. Sam starał się być poetą. Idąc dalej, określił on nawet charakter przyszłej twórczości poetyckiej. Mieliśmy ubaw do pasa. Stwierdził on, że domeną w poezji jest pointa, a największe poematy za lat sto czy dwieście to będą tylko trzy pointy: na początku pointa, w środku pointa i na końcu też. Ciekawe? Potem ryczał szerokim gardłem: – Ja sobie nie życzę, żeby ktokolwiek zrozumiał moje wiersze, bo moje wiersze muszą być mózgowe. – Mój komentarz: Najgorzej, to jak się komu pomiesza mózg z siedzeniem”), są nawiązania do domowego zacisza, pracy zawodowej, akademickiej, a nawet sytuacji zdrowotnej – bo problemy z nim są jednym z kilku tematów, które połączyły tych literatów. 
      Z tekstów tych wyłania się Morawski-erudyta, sypiący aluzjami literackimi, bawiący się konwencją gatunkową listu, chętnie sięgający po powiedzenia i łacińskie aforyzmy, prowadzący grę słowną (oto jej przykład: „(…) jest taki Polski [sic!], Poświatowski Pazur. Trzy P. Przepraszam Panią. Teraz lepiej, bo pięć”), otwarcie mówiący o swojej pracy literackiej, jak i wypowiadający się na temat sukcesów oraz planów Poświatowskiej. Uważny czytelnik z łatwością wychwyci ton szacunku, dyskrecji, koleżeńskiego zaufania; zauważy przejście z formy oficjalnej na intymną i przyjacielską. 
     Z przedmowy można się dowiedzieć, że przez lata Poświatowska – widząc kunszt , artyzm we frazowaniu i w literackości ujmowania w słowa własnych myśli i emocji -  namawiała Morawskiego do opublikowania tych tekstów, jednak on uporczywie odmawiał, a wydaną przez poetkę „Opowieść…” potraktował ze sporą rezerwą, co dobitnie świadczy o znacznym ochłodzeniu ich relacji. Dlatego niniejsza pozycja mogła ukazać się dopiero po śmierci prozaika, z inicjatywy jego żony i Marioli Pryzwan – jednej z ważniejszych polskich biografek. 
      I ja, pasjonatka pióra Poświatowskiej, muszę śmiało przyznać, że dzięki „Tylko mnie pogłaszcz…(…)” mam pełniejszy, jaśniejszy obraz poetki; kilka plam powoli się zapełnia.           


ZA WERSJĘ PRASOWĄ KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ

1 komentarz: