13 września 2018

(...) nie byliśmy żadną "normalną" rodziną (s. 129) - V. Hjorth, Spadek




       Jest sobie rodzina: mama, tata, trzy córki i jeden syn. Rodzice, po dobrze przeżytym życiu, mogą się oddać odpoczynkowi, ciesząc się bezpiecznym domem albo na wyjeździe relaksować się w domkach letniskowych. Bo nie ma to jak na starość zbierać słodkie owoce owocnego życia. Napracowali się – wspierać się, dbać o dzieci, łożyć na ich wykształcenie to nie banał. Teraz dzieci – już dojrzałe, same mające dzieci (a nawet wnuki) – mają komu być wdzięczne, mają o kogo dbać, komu podziękować i przy czyim stole się zebrać, by błogie dzieciństwo powspominać. 
      Nic bardziej mylnego. „Spadek” odsłania najbrudniejsze z kart. Porusza brudy, jakie kiedykolwiek stały się udziałem niewielu. Demaskuje fałsz, arogancję, małostkowość, bezduszność, wygodnictwo, obłudę, hipokryzję. A przede wszystkim ból, jaki mogą dzieciom zadać rodzice. I jaki może sobie wzajemnie zadać rodzeństwo. Oto rodzina uwikłana w kłamstwa, która, dla wygody chyba jedynie, chce w nich tkwić, która chce się świadomie okłamywać, która nie chce wysłuchać głosu prawdy. 
        A wszystko zaczyna się dość niewinnie. U progu życia rodzice postanawiają spisać testament, w wyniku którego większą część majątku dostać mają dwie córki. Pozostałe dzieci jedynie rekompensatę finansową. 
        I ta z pozoru prozaiczna wiadomość porusza lawinę wydarzeń. A przede wszystkim emocji. Bo Bergljot nagle postanawia przemówić. Chce na głos, wyraźnie powiedzieć, dlaczego zerwała kontakt z rodzicami, dlaczego ten ból, a nawet rozpacz, które w sobie nosi, nie są pielęgnowane i hodowane, lecz po prostu w niej tkwią, są jej integralną częścią, jak gnijąca w ciele drzazga. Chce innym (i sobie) opowiedzieć swoją wersję historii rodzinnej. Nie po to, by zrozumieć – bo zrozumieć się nie da. Ale by nazwać prawdę po imieniu, wyrwać ją z tego zakłamania innych. Spuścizną, której ona chce, jest jej opowieść o niej samej. Tylko tyle. Aż tyle. I by się do tego choć zbliżyć, przyjdzie jej iść na kolejną wojnę – wojnę z własną rodziną. 
       Bo według „Spadku” rodzina to nie więzi, a tarcia, spory, racje i pół-racje. I okazuje się, że największym dziedzictwem, jaki mogą zostawić rodzice nie jest majątek, a obciążone emocje, uczucia, prawdy o sobie i innych. Przy pomocy tej prowadzonej narracją pierwszoosobową powieści pełnej monologów, skojarzeń, urywanych wątków pokazała Vigdis Hjorth etapy rozpadu – wrażliwości, ufności, szczerości, prostoty i międzyludzkich więzi. To, czego wraz z bohaterką dowiadujemy się o niej i innych, wypływa z czeluści pamięci , lub nie-pamięci. I trudno orzec, czy lepiej, że ujrzało światło dzienne, czy powinno w tych odmętach pozostać. 
    Oto książka trudna, toksyczna, destrukcyjna, ale i odważna, poruszająca, uwierająca – nie ugłaszcze, a emocjonalnie rozhuśta, zaniepokoi. Takie lubię.

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA DZIĘKUJĘ
Znalezione obrazy dla zapytania WYDAWnictwoliterackie LOGO

6 komentarzy:

  1. Ja chwilowo chyba się nie skuszę...

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawa propozycja. Kiedy zaglądam w ciemne, znużone dusze, to mam wrażenie, że książka żyje we mnie a ja w niej. Przeczytam na pewno, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie słyszałam o niej, a brzmi bardzo zachęcająco! Na pewno wywoła we mnie sporo emocji. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ta historia musi być interesująca :D Aż bym sobie ją przeczytała. PS. Filozofia na UPJP2? <3

    OdpowiedzUsuń