28 lutego 2014

Poziomów ciąg dalszy:)

W ramach wyzwania:


w lutym znów tylko dwa tytuły (staram się nie łączyć konkursów:)). Tym razem to:

1. O. Tokarczuk, Anna In w grobowcach świata.
2. Cz. Miłosz, Traktat moralny. Traktat poetycki.

Jak tej pierwszej umieściłam recenzję, tak ta druga czeka wciąż na szkic o sobie:(
Dziś więc tylko pokażę okładkę:

źródło: http://www.empik.com/traktat-moralny-traktat-poetycki-milosz-czeslaw,297089,ksiazka-p

To cienka książeczka (choć ze względu na pracę, bardziej interesuje mnie jej wstęp/wprowadzenie - tzw. Lekcje literackie) i pewnie już niedługo coś o niej będzie.

W lutym rozpoczęłam też czytanie rewelacyjnej Alicji w krainie rzeczywistości. Niestety nie mogę poświęcać jej tyle czasu, ile bym chciała, więc lekturę cedzę, podaję sobie w etapach:(

ps - bystre oko pewnie zauważyło techniczne eksperymenty w mojej szacie graficznej; niestety mogą one jeszcze trochę potrwać:( bo problem w tym, że sama nie wiem czego chcę:(:(



27 lutego 2014

Z Tłustym Czwartkiem w roli głównej:)

Dziś będą dwie sprawy.
Po pierwsze: wczorajsze wieczorne harce Bilba – i jego Pana (nie wiem, który wykazał się w nich większą aktywność i intensywniejszym rozbrykaniemJ).
Z kolei później będzie o pączkachJ - pod warunkiem, że wyjdą mi z oleju jako-tako sensowne i będę miała czym się pochwalić:-p…


A z harcami było tak: najpierw Bilbo zabrał z mojej szafki gumkę, którą chwilę wcześniej zdjęłam z włosów i wyniósł do hollu na podłogę, po czym - jak zwykle wieczorem - przyszedł do nas, kiedy już leżakowaliśmy (sama nie wiem czy on to robi by posiedzieć razem z nami (wspólnie), czy chce powiedzieć: „Dobranoc”, czy jest wiecznie głodny głaskania, czy chce nas rozśmieszyć tym swoim szczeciniastym ogonem – grunt, że każdego dnia przychodzi, wychodzi, znów przychodzi i wychodzi, i wraca i … - no, trwa to tak z godzinę nawet:-D) i zaczął się uporczywie wpatrywać w P., który nocną już porą „przypomniał” sobie, że trzeba na dziś poprawić konkretną kupkę sprawdzianów. Kiedy wreszcie się od nich oderwał i łaskawie spojrzał na psa, ten zaczął się łasić, ocierać o rękę P., i niebezpiecznie zbliżać do łóżka, prosząc o codzienna porcję pieszczot. Tak to mniej więcej wyglądało (z góry przepraszam za fatalną jakość zdjęć, ale w 90% chłopaki byli mega aktywni):


Później przyszła pora na przeciąganie się, poprawianie futerka i szykowanie się do szaleństwa, które zaplanował sobie nasz piec – nikogo o tym wcześniej oczywiście nie informując.

Samo szaleństwo wyglądało tak: było szarpanie za rękę, lizanie dłoni, podgryzanie nadgarstków, a nawet próby wyjścia na łóżko – a wszystko po to, by móc się bawić, bawić i bawić, by było fajnie, by prowadzić wojnę podjazdową z P., by szaleństwo trwało. Po chwili wytchnienia i regeneracji sił, nastąpił kolejny „atak”. W efekcie: przesunął nocną szafę, zwichrzył dywanik, rozrzucił buty P. i nie miał zamiaru się uspokoić. Na zdjęciach te zawody w przeciąganie wyglądają groźnie, ale wszystko zakrapiane było mruczeniem, piszczeniem i wzdychaniem szczęśliwego psiaka – grunt to dobra zabawaJ :-D


 Pokaż co tam masz, pokaż, pokaż - też chcę zobaczyć:)

 Oj, zmęczyłem się bardzo:)

I rundę druga czas zacząć:)


                                           A może i dla mnie się tu miejsce znajdzie:)?

 O, jak mi dobrze:) 

Przed snem trzeba się wyciszyć:)

Kiedy po godzinie uznał, że pokonał swojego Pana, wykręcił mu rękę i pokazał, kto górą – ułożył się na podłodze u naszych nóg i zasnął. Trwało to do 1. – bo wtedy postanowił się obudzić i rozpocząć nocne wędrówki Bilbusoia:-D

 A oto mój piesek okiem mojego telefonu:


A o pączkach MOŻE będzie późniejJ

OK, jest 21.30 i mogę pochwalić się moimi dzisiejszymi wypiekami:


Muszę przyznać, że te moje minipączki i serowe ciastka wyszły naprawdę smaczne:) Do tego stopnia, że przez całe popołudnie dzieliłam się nimi z innymi (a to i tak nie koniec - jutro jadę z nimi do mamy:)) więc Wy możecie je ujrzeć dopiero teraz...
Miłej i spokojnej nocy!
M.

26 lutego 2014

Muzycznie

Dziś o tej z ulubionych moich gałęzi, o której dawno nic nie było...
Pora nadrobić braki:)
Więc: kilka dni temu miałam dłuższe spotkanie z zaniedbywaną TRÓJKĄ, a tam wysłuchałam kilka perełek (nie wszystkie dla mnie lśnią jednakowo mocno, ale są to swego rodzaju pomysły na muzykę awangardową/alternatywną i póki co ucho przytakuje z aprobatą) :)
Po pierwsze:


Po drugie:


Po trzecie:


ale ta wersja jest beznadziejna!!
proponuję tę: http://www.youtube.com/watch?v=M2ZTKTGs7J4 (w oryginale też Gaba Kulka) - tylko nie wiem czemu nie chce mi się tu wkleić:(

I żeby było jasne: Roguckiego już dawno, dawno temu zaprzestałam słuchać regularnie, ale to nie znaczy, że nie doceniam talentu wokalnego - w nowym pomysłach brak mi po prostu tego rockowego pazura, siły i charyzmy. Wiem, że takie hity jak : Leszek... czy Ostrość na... są nie do skopiowania, ale maniera (muzyczna - bo słowna w wielu wypadkach wciąż jest godna uwagi) choćby Nadmiaru do mnie zupełnie nie przemawia:(
A te tu piosenki są ciekawym pomysłem na muzykę. I interesującą realizacją tych pomysłów.
Takim oto sposobem życzę śpiewającej środy!
A jutro pieczemy pączki:-D
To będą pierwsze w moim samodzielnym, osobistym wykonaniu:)

25 lutego 2014

Serialowo...

Kilka dni temu autorka Zielonej Cytryny (http://zielonacytryna.blogspot.com/) dokonała wyliczenia seriali, o których chciałaby zapomnieć tylko/aż po to, by móc je na nowo oglądnąć.
Ja też mam kilka takich tytułów. I drogą wstępu muszę zaznaczyć, że prezentowana tu kolejność jest przypadkowa!
To zaczynamy:)


1. Robin z Sherwood. Oczywiście z niezapomnianym M. Praedem i przejmującą muzyką zespołu CLANNAD! W całości ten serial oglądnęłam tylko raz – w dzieciństwie (wiem, że jedna z publicznych stacji telewizyjnych niedawno go powtórzyła, ale była to pora, kiedy niemożliwym było oglądanie przeze mnie TV) i do dziś czuję na plecach dreszczyk emocji, kiedy z pokrytego mgłą lasu wyłaniał się Herne myśliwy. I może wstyd się przyznać, ale dopiero w dorosłym życiu zrozumiałam co ta postać symbolizuje i jaki sens miało wprowadzenie magii do historii o legendarnym Robin Hoodzie. Może i jest naiwny, przewidywalny a od strony technicznej mało wiarygodny, ale jak na początek lat 80. miał rozmach. A moja sympatia nie zmalała nawet wtedy, kiedy charyzmatycznego Praeda zastąpił J. Connery (do dziś nie lubię, jak jedną postać gra kilku aktorów – jakoś identyfikuję postać z konkretnym wyglądem i później wszystko mi „się burzy”). 

źródło zdjęcia: 
http://www.google.pl/imgres?sa=X&biw=1280&bih=709&tbm=isch&tbnid=XYlM5_yJ6zQH0M:&imgrefurl=http://miko-art.blogspot.com/2011/01/robin-of-sherwood.html&docid=0xOoBPLe17xfdM&imgurl=http://img10.imageshack.us/img10/2755/dokument.jpg&w=1024&h=713&ei=PBQOU7CoMYnrswbZr4GQCQ&zoom=1&ved=0CH8QhBwwCQ

2. Opowieści z Narnii. Mam tu na myśli serial BBC (chyba?), odkryty przeze mnie mniej więcej w tym samym czasie co Ronin z… I to taki obraz, który potrafi nawet dorosłego porwać w świat niezwykłości, magii, bajki – a co dopiero odcisnąć się w myśli dziecka. Do dziś widzę te wielkie, rustykalne drzwi wiktoriańskiej szafy i lwią głowę, nieludzko wielkich olbrzymów i królów śpiących przy suto zastawionym stole. I jedyną rzeczą, z którą do dziś nie mogę się pogodzić (i nie jest to uwaga do serialu, lecz do samego autora cyklu!) to utożsamienie/zrównanie zła z zimą. Jako osoba kochająca zimę, nie wiem co w niej złego – ale duża jestem i rozumiem, że w tym miejscu Lewis uczynił odwołanie do pradawnych mitów (choćby o Persefonie), które jasno mówią, że kiedy władca podziemia bierze w posiadanie córkę matki-płodności, na ziemi życie umiera.  I jak Robin…, może jest to obraz naiwny i do przesady prosty, ale w moim przypadku sentyment królujeJ Na zakończenie: dobrym podsumowaniem może być taki komentarz znaleziony z YT (nie zmieniam zapisu): 19wrona83: jak to lecialo u nas w telewizji mialem kilka lat i na ferie u babci na wsi zawsze to ogladalismy. ten klimat przy piecu kaflowym na podworku kilkunastostopniowy mroz  ach kiedy to bylo.    
źródło zdjęcia: http://serialebrytyjskie.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?452086

3. Alf. O leczniczym wpływie tego „dzieła” (na moją psychikę) już pisałam i nie będę się powtarzać. Dość dodać, że śmiech jest najlepszym lekarstwem na wszelkie bolączkiJ!!










źródło zdjęcia po lewej str.:  http://gadzetomania.pl/2013/08/09/kultowe-seriale-lat-80-i-90-wybieramy-najlepszy-ankieta
źródło zdjęcia po prawej str.: http://www.alftv.com/community/viewtopic.php?p=14956

4. Domek na prerii. Kto nie pamięta historii prostej, prawej, oddanej pracy, przyjaznej drugiemu człowiekowi i wiernej przyjaźniom rodziny Ingallsów powinien rychło sobie przypomnieć – i ja też bym chciała. Bo przecież dziś niewiele jest seriali, które pokazują, jak można cieszyć się małym i mimo przeciwności losu być szczęśliwym. 

źródło zdjęcia: http://film.wp.pl/idGallery,4437,idPhoto,184956,title,Niezapomniane-seriale-Domek-na-prerii,galeria.html?ticaid=112462

5. Nieoczekiwana szansa. Trudno powiedzieć na ile to komedia, na ile obyczajówka a na ile obraz zbliżony do dramatu. Bo mamy tu nastolatkę (Lux), która zmęczona - a przede wszystkim rozczarowana – kolejnymi rodzinami zastępczymi postanawia się usamodzielnić. Ale może to być możliwe dopiero po prawnej zgodzie biologicznych rodziców. I w tym miejscu rozpoczyna się cała heca – od poszukiwań wspomnianych rodziców, przez uzyskanie odpowiedniej zgody po niekończące się rozrachunki z przeszłością. I gdyby nie seria śmiesznych sytuacji, dialogów, wyraziście rozrysowanych postaci (głównie Baze’go) byłoby to gorzkie świadectwo wystawione amerykańskim nastolatkom - i nie tylko im. 

źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/serial/Druga+szansa-2010-501625

6. 6 stopni oddalenia. I to jest rzeczywiście film, którego uparcie, stale, wciąż, regularnie i niezłomnie poszukuję. Fabuła oparta jest wokół teorii, że sześć dowolnie wybranych osób - awet z takiej metropolii jak NYC - w finale są ze sobą powiązane znajomością z kimś, kto zna ich wszystkich (lub są ze sobą w jakiejś relacji). I nie ważne, czy są to osoby związane  policją, branżą PR, sztuką czy bez koneksji zawodowych. Właśnie wokół takiej zależności zbudowano fabułę serialu. Historia jest poprowadzona precyzyjnie, jawnie – ale drobniutkimi krokami - zmierza do jakiegoś celu. A finał może zaskoczyć. I wszystko to ubarwione jest pięknymi plenerami NY – a wiadomo, że na punkcie tego miasta mam jawnego świra.
źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/serial/Sze%C5%9B%C4%87+stopni+oddalenia-2006-320842

7. Pacyfik. O rozmachu, randze, dokumentalizmie i wierności historii tego serialu nie trzeba przekonywać. Obraz, choć brutalny, dosadny (jak drastyczne są wojny) i wiarygodny, bez wątpienia wciąga a widz wciąż kibicuje bohaterom, przeżywając stratę każdego kolejnego. I nie wiem czy - swego czasu – głośno o nim było ze względu na narratora (T. Hanks), ale rozgłos był to słuszny.

źródło zdjęcia: http://czolg.blox.pl/2010/02/Pacyfik-nowy-serial-tworcow-Kompanii-Braci.html

8. Komisarz Winter. Jest to mój pierwszy szwedzki mini-serial oparty na słynnych skandynawskich kryminałach. Przyciągał mrocznym klimatem, niebanalnymi zagadkami oraz skrupulatnością w przedstawianiu mentalności, stylu życia, formowania się poglądów wśród Skandynawów. Choć to bardzo mroczny film z drastycznymi zbrodniami w roli głównej, jest też wiarygodnym obrazem życia Szwedów. W tej grupie są też takie tytuły, jak: Inspektor Irene…, Wallander, Z rubryki kryminalnej, brytyjska Viera i duński thriller polityczny Rząd. Po prostu żałuję, że je wszystkie już widziałam! 

źródło zdjęcia: http://peb.pl/obyczajowo-sensacyjne/1241947-komisarz-winter-kommissarie-winter-2010-tvrip.html

9. Niebezpieczne ujęcia – to tak na koniec powrót do lat 80. Bo kto się wtedy nie zachwycał pięknymi kobietami na wybiegu domu mody? Ich nieziemskimi kreacjami i szarmanckimi towarzyszami? A to wszystko dodatkowo zakrapiane kryminalną intrygą!

źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/serial/Niebezpieczne+uj%C4%99cia-1984-97994

Z ręką na sercu muszę przyznać, że tytuły od numeru 1 do 4 tworzą sentymentalną wycieczkę w kraj dzieciństwa. Z perspektywy czasu widzę, ile w nich naiwności, sztuczności, chwilami udawanego patosu; widzę też, wachlarz skromnych środków, przy pomocy których były tworzone (Opowieści z... chwilami przypominają uwieczniony na taśmie spektakl telewizyjny - ograniczona przestrzeń, niewielka ilość statystów, ubogie plenery) - brak tu tego rozmachu goszczącego we współczesnych serialach. Ale czasem nie to jest najważniejsze - liczy się dobra zabawa, dobra energia, przygoda i wycieczka: nawet w głąb własnego serca i wspomnień:)  
I jak się Wam podoba moja lista:)?
Chętnie poznałabym waszą:):)
Miło by było stworzyć taki spis ulubionych blogowych seriali:)!!!! Może uda się:)??
Zachęcam do opowiadania mi (do 31.03.2014) o Waszych faworytach - a później ułożę z tego jakiś zbiór statystyk:). 
Może ktoś się przyłączy do zabawy:)  
Pozdrawiam wieczorową porą:)
M.

23 lutego 2014

Z ukłonami...

W ostatnim tygodniu licznik odwiedzin Zielono Mi przekroczył 1000!!!
To wszystko dzięki Wam!!
Bo Wy tu zaglądacie, czytacie, komentujecie, śledzicie:)!! A skoro wielu z Was czyni to regularnie - choć trochę się Wam podoba, a moje "pianie" ma (choćby minimalny) sens:):)
Bardzo Wam dziękuję:)!!! Za nadanie sensu mojemu Zielono Mi!!
Bardzo, bardzo dziękuje:):)!!

Ślę Wam wszystkim głębokie ukłony:)!!

22 lutego 2014

Zbieractwo.

Na blogu Zwiedzam Wszechświat padło pytanie o to, co kto chomikujeJ
I postanowiłam się dołączyćJ:
Więc ja gromadzę wiele – i jak mawiała moja koleżanka są to głównie szpejeJ
I mogę je podzielić na 2 grupy.

Pierwszą są pamiątki, świadectwa miejsc, w których byłam. Są tu różnego rodzaju bilety wstępu (np. do muzeów), autobusowe, kolejowe; są też pocztówki, ulotki i foldery reklamowe. I są tam świadectwa z Poznania (zimą i latem),Warszawy (najwięcej z Muzeum Powstania Warszawskiego), Krakowa (ale tam to w sumie regularnie, co miesiąc jeżdżę), z Łeby, Trójmiasta, Malborka, Torunia, Podhala – i sama już nie pamiętam, z jakiego miejsca Polski jeszczeJ; widać też, że byłam w Słowacji, Grecji, Serbii i regularnie biorę udział w lokalnych imprezach: koncertach, wystawach, spotkaniach… Dziś wydaje mi się, że najważniejszy jest przebieg Powstania Warszawskiego, jaki układa mi się z tych przyżółconych kartek kalendarza oraz odręczna mapa rozpisana przez panią w jednym z belgradzkich hoteli. A tak wygląda ten mój wycieczkowy „pamiętnik”:





















Drugą grupą są pamiątki od ludzi, których spotkałam/spotykamJ. W tej grupie są sterty listów: głównie od Izy, Agi R., Agi D.; są też notesy, kalendarze, zeszyty, a nawet luźne kartki zapisane różnymi wydarzeniami; jest też wachlarz kartek/widokówek/zakładek - takich mini-prezencików od bliskich… Muszę przyznać, że skarbów z tej grupy było znacznie, znacznie więcej – przy okazji przeprowadzki spaliłam całe wielkie pudło tych zeszytów. Choćby dlatego, że czasem już się nie chce o czymś pamiętać – a może nawet pamiętać nie wartoJ




A obok tego gromadzę jeszcze coś, co można ogólnie nazwać: PapierJ. Są to z jednej strony zapełnione kartki do drukarki (mam ich pół szuflady od SzwagraJ - postanowiłam ducha pro-drzewnego wprowadzić do jego zakładu pracy i nie zgadzam się, by wyrzucał tak przydatny jeszcze surowiecJ), stare kalendarze (gł. P. – on nie ma z nich pożytku, a ja - tam, gdzie jest miejsce – czynię zapiski/notatki przydatne w pisaniu testów wszelkich – tych bardziej i mniej profesjonalnychJ), rozlatujące się pustawe zeszyty… Bo ja po prostu mam świra na punkcie maksymalnego wykorzystania papieru – bo jak można wyrzucić na wpół przydatne drzewo…?
Taki romantyzm przeze mnie przemawia…

Dziś inaczej być nie może...




http://piekaryslaskie.naszemiasto.pl/tag/swieczka-dla-ukrainy.html

19 lutego 2014

Różności

Dziś będzie kilka uwag "z życia codziennego".

1. W kontekście umieszczonego wczoraj wpisu o Annie In...,  przeglądałam ostatnio zakupiony niedawno Słownik symboli Cirlota.
Przy stronie 144 czekała mnie taka oto niemiła niespodzianka:








































Nie bardzo wiem, jak to traktować - chyba po prostu jako przypadkowy, wybrakowany towar, który trafił się akurat mnie:( Ale szkoda, że tak się stało... No i z czytelnianego egzemplarza będę musiała sobie dokserować uszkodzoną kartę...

2. Jadąc wczoraj z domu do centrum (trwa to około 50 min.! - a miasteczko mamy małe i mieszkam w mieście - nie na wsi) zaopatrzyłam się w Alicję w krainie... (jakoś trzeba spożytkować czas w autobusie) i prawie przegapiłam przystanek, na którym miałam wysiąść; czytałam ją też w poczekalni u dentysty (czekając na swoją kolej) i znów tam, gdy fotel zajął P. (tak wiem - są ciekawsze miejsca na czytanie, niekoniecznie przychodnia stomatologiczna ale nie mogłam się oderwać... jeszcze akapit - ten już ostatni - no, może jeszcze jeden...). Książka jest dobrze napisana, dobrze skonstruowana i ładnie stylistycznie przetłumaczona - ze spora dozą uwagi oraz ostrożności językowej.
Co do fabuły - że bardzo przeżywam teksty, które mi się podobają - nie mogę powstrzymać drgawek na słowa typu: Prawdziwe damy tak nie robią../Damie to nie wypada.../Dama nie może... Aż ma się ochotę krzyknąć: Boże, to co one mogły?!?...
Dziś lektury ciąg dalszy:)

3. Wczesnym wieczorem czeka mnie uczta - idę z mamą (!!!) do kina na film o Kuklińskim. Ta wspólna wyprawa tak mnie ekscytuje, że musiałam o tym napisać:):) A później na pewno opowiem Wam o wrażeniach!:)

Życzę spokojnego dnia!:)

Mitologicznie!

Interesująca mnie dziś książka nawiązuje do jednego z  „(…) najstarszych mitów ludzkości. Jego bohaterką jest sumeryjska bogini Inanna, córka boga i bogini księżyca, władczynie miasta Uruk, bogini miłości i wojny. (…) Przedstawiano ją najczęściej w postaci niezamężnej młodej kobiety (…) z pękiem strzał na plecach lub ze skrzydłami, stojącą na lwie. Jej symbolem były ośmioramienna gwiazda lub (…) pęk trzciny.”[1]   


[1] O. Tokarczuk, Posłowie, (w:) Anna In w grobowcach świata, Kraków 2006, s. 196-197, passim. 

http://kennethmarkhoover.me/2013/06/25/inannas-descent-to-the-underworld/

Ten przydługi cytat jest o tyle istotny, że pozwala lepiej wejść w tematykę i atmosferę jednej z powieści Olgi Tokarczuk – Anna In w grobowcach świata. Powieść jest współczesną próbą opowiedzenia na nowo mitu o Isztar-Inannie. I myli się ten, kto sądzi, że narracją i formą tekst Tokarczuk może przypominać Odyseję w fantastycznym przekładzie Kubiaka. Nic bardziej mylnego. Bo choć to wciąż mit i w dodatku opowiedziany jak najbardziej współczesną polszczyzną, daleko odbiega od tradycyjnej narracji.


Zacznijmy może od fabuły – bo o niej można krótko i zwięźle. W swej interpretacji Tokarczuk wiernie trzyma się pierwowzoru: opowiada o wędrówce bogini do świata umarłych i jej powrocie stamtąd. Po lekturze niewiele jesteśmy w stanie powiedzieć na temat jej pobyt w grobowcach (choć ze strzępków luźno rozrzuconych informacji mamy mglisty – ale jakiś jednak – obraz bytności tam). Za to wiemy, jak urządzona została ludzka przestrzeń, co się działo ze światem ludzi po jej odejściu oraz w jakiej sytuacji pozostały bliskie jej osoby. Ot, cała fabuła. Jeden mocno zarysowany wątek. Choć spoza niego wyłania się kilka innych: los matki bogini, los jej Ogrodnika, historia kształtowania się świata, opowieść o narodzinach ludzi, czy ta o przelotnych romansach bogini śmierci. Jak można wyczytać w cytowanym tu już Posłowiu, w próbie rekonstrukcji mitu autorka powieści sięgnęła do wszystkich dostępnych fragmentów historii oraz do tekstów pokrewnych, jak Snu Dumuziego czy Hymnu do Inanny. Tym samym dzieło Tokarczuk wydaje się bardziej pełne, fabularnie ciągłe (choć związek przyczynowo-skutkowy daleki jest od tego dziś uznanego za wzorcowy) i konstrukcyjnie dopracowane.
Mimo wszystko wydaje mi się, że najwięcej uwagi warto tu poświęcić nie samej historii a sposobie jej opowiedzenia. Bo oto otwiera się tu perspektywa narracji wielogłosowej (choć nie do końca to tradycyjna polifonia – brakuje tu jawnej polemiki postaci, ścierania się ich poglądów). Każdy ze świadków ma prawo opowiedzieć swój kawałek historii - tyle, na ile w niej uczestniczy. Więc opowiada towarzyszka-przyjaciółka bogini, odźwierny jej siostry, rikszarz, siostra Ogrodnika, towarzyszka pra-matki – ale nie opowiada główna postać. Przez cały czas trwania historii wypowiada (sic! – nie mówi, nie opowiada, nie przedstawia jak inni, lecz informuje/wypowiada spostrzeżenia właśnie) może sześć zdań. Ona jest tu tą figurą, która DZIAŁA – a MÓWIENIE pozostawia innym – świadkom, poniekąd tym bardziej biernym, pozornie mniej ważnym, stojącym obok.
Poza narracją istotny jest tu również jej czas – teraźniejszy. Współczesna literatura rzadko po niego sięga, przez co nie nawykłemu czytelnikowi wydaje się trudny i wymagający skupienia. Bo tak też jest. W czytaniu tego tekstu nie można płynie przechodzić od rozdziału do rozdziału, nie można oswajać się z jakimś wątkiem czy motywem bo nieoczekiwanie się urywa, pozwalając pojawić się kolejnemu. Więc narracja jest szybka, może nawet pozornie chaotyczna (co też wymaga od czytelnika skupienia i uwagi), pełna powtórzeń, wydawałoby się, że językowych błędów, momentami zrytmizowana, co od razu niesie skojarzenia z tekstem mówionym. Bo mity przecież były opowiadane, drogą ustną przekazywane z pokolenia na pokolenie – i tej tradycji pozostaje wierna narracja Tokarczuk. Jakby chciała powiedzieć: Znając jego inne wersje i uzupełnienia, po prostu ten tekst po raz kolejny, wciąż, ciągle, na nowo opowiadam - nie zmieniam a jedynie kontynuuję narrację. I sama ostatnia scena sugeruje, że ciąg dalszy musi nastąpić – bo przecież po tak znamienitym akcie, jak otrzymanie władzy nad światem musi być ciąg dalszy – władza musi być sprawowana. Ale o jej formie z tego tekstu się już nie dowiemy.
Innym – po literackich uzupełnieniach, polifoniczności i czasie teraźniejszym – ciekawym zabiegiem jest uwspółcześnienie imion głównych osób. Sumeryjska bogini w powieści Tokarczuk nazywa się Anna In (właściwe imię Inanna pojawia się w tekście znacznie później), a towarzyszka to nie Ninszubur lecz Nina Szubur. Ten pozornie mało znaczący zabieg jest o tyle ciekawy, że ułatwia wejście w klimat i treść mitycznej historii; uświadamia, że zawarte w nim prawdy ogóle wciąż dzieją się tu-i-teraz. A tekst Tokarczuk jest ich pełen. Trawestując gotową już opowieść, nie mogła autorka stać się głuchą na figury, których sama w tekstach poszukuje i które sama umieszcza – są to liczne archetypy, postawy pierwotne, po dziś żywe w historii oraz kulturze symbole, jak i wzorce postępowania. Nie byłaby Tokarczuk wierną studentką Junga, gdyby ponownie nie wplotła w tekst aktu przekraczania granicy, motywu liczb trzy, cztery, jak również kontrastów: dzień/noc, życie/śmierć, starość/młodość, wiara/beznadzieja.
Jak wynika z powyższego, Anna In w grobowcach… nie jest lekturą lekką, łatwą, na zabicie czasu czy walkę z nudą. Jest to dobrze przemyślany tekst, na nowo opowiadający jedną z fundamentalnych dla naszej kultury fabułę; jest to tekst mocno osadzony w historii i odpowiadający na podstawowe dla ludzkości pytania; jest to wreszcie taki tekst, który każe uwierzyć, że niektóre akty są trwałe, wieczne i powtarzalne – nawet jeśli nie widać tego gołym okiem.
A niezmiernie pomocne w rozumieniu uniwersalizmu tej powieści jest Posłowie. Choć na końcu, warto od niego zacząć wchodzenie w tę powieść. Być może dzięki temu, zderzenie z fabułą, narracją i bohaterami okaże się lżejsza, a sama treść oczywistsza (ja czytałam zgodnie z kolejnością). Poza streszczeniem mitu o Inannie, zawarte są w nim informacje na temat losów intersującego nas tu tekstu, jak i tekstów towarzyszących, konstrukcji i teorii mitu oraz na temat Sumerów. Informacje te pozwalają – z jednej strony - odkryć i zrozumieć intencje Tokarczuk, usprawiedliwić te zabiegi artystyczne, które mogą wydawać się mało-literackie, a z drugiej strony pokazują jej warsztat pracy – tytaniczną racę naukowca, który zanim coś powie, rzetelnie przygotowuje się do wystąpienia.
Jedynym chwytem, do którego nie byłam w stanie się przekonać jest „zmechanizowanie” mitologicznego miasta Uruk – wprowadzenie w niego elementów, które mogą sugerujać, że akcja nie dzieje się w przeszłości, kiedy bogowie żyli między ludźmi, lecz w dobie Star Treka.
Wiem, że powyższy rys jest raczej mało obiektywny: nie umiem ukryć swojej fascynacji O.T. i wiernego oddania jej powieściom – ale nie mogę też czynić uwag do tekstu, który uważam za skrupulatnie przemyślany i precyzyjnie podany. Nawet jeśli ścisłą tematyką odbiega od moich osobistych zainteresowań (bo większą sympatią pałam do mitów skandynawskich).

Szukając wizerunków Inanny, trafiłam na dwa portale poświęcone mitom i religią w ogóle oraz starożytnym kulturom; nie wiem na ile są profesjonalne, ale może informacje tam zawarte kogoś zainspirują:

ps – powieść Anna In… jako jedyna tej autorki (jak do tej pory) została napisana  dla wydawnictwa ZNAK; jest chyba piątą powieścią opublikowaną w międzynarodowej serii MITY (więc poniekąd „na zamówienie”); z tej serii swego czasu przeczytałam również Penelopiadę: gorąco polecam!! – z tym Odysem wcale nie było do końca tak, jak nam mówią:-p



16 lutego 2014

"...okładka" po raz drugi

Dziś o książkach z zimą na pierwszym planie.
Na początek coś lekkiego, przyjemnego i dającego wytchnienie – choć zmuszające do refleksji, postawienia kilku fundamentalnych pytań i szukania na nie odpowiedzi.

Mam tu namyśli: Opowieść wigilijną – moje wydanie jest z 1994 oraz część 1. Opowieści z Narni – mój egzemplarz z 2002 roku.



Są to takie teksty, które nigdy nie tracą na znaczeniu, zawsze się chętnie do nich wraca i za każdym razem znajduje się w nich coś nowego, świeżego i unikalnego. Bo któż przy każdym kolejnym czytaniu nie liczy, że Scrooge naprawdę znów się zmieni, że odkryje magię Świąt, że otworzy swe skamieniałe serce na drugiego człowieka i rodzinę? A kto przestał przeżywać zdradę Edmunda, kogo nie razi jego fałsz i powierzchowność, a kto już nie odczuwa zgrozy, kiedy na arenę wkracza Czarownica ze swoją świtą i ma swoje pięć minut tryumfu?
W metryce widnieje mi z przodu „3” ale teksty te wciąż, jak dziecko, przeżywam oraz chętnie i często do niech wracam.


Jako kolejne teksty z tzw. literatury faktu. Ciężki kaliber, mocne faktograficznie, porzucające ułagodzony, delikatny a nawet dyplomatyczny język. Nie da się ich czytać „hurtem”, z rozmachu i bez oddechu. To takie tytuły, które trzeba dozować, rozważać w sobie, które prędko nie opuszczą naszej głowy a nawet zalegną w niej niczym ciężki, kolosalny kamień.
Są to: Opowiadania kołymskie, Na nieludzkiej ziemi, Po wyzwoleniu…1946-56, Smakowanie raju. Wspomnienia świadka nieznanej egzekucji w lesie katyńskim.
Poza tematyką, wiarygodnością i wciąż brzmiącym w głowie czytającego haśle: Człowiek człowiekowi wilkiem,  ważne są tu również postacie autorów: literat, malarz, filozof i zwykły obywatel, którego wiatry historii gnały po terenach Polski, Rosji radzieckiej, Francji i USA. Uważam, że to taka grupa tekstów, które otwierają szeroko umysły i serca na karty historii, nie bagatelizują kwestii łagrów i lagrów - pokazują, ze wciąż należy o nich mówić i przypominać, ani nie tworzą sztucznych pomników – mówią jak było i co ja-autor, jako pionek na szachownicy historii przeżyłem. Ilość wznowień wspomnień Skargi czy Czapskiego najlepiej świadczą, że współcześni wciąż chcą pamiętać jak było i pytają: jak człowiek mógł drugiemu taki los zgotować.

Jako ostatnie mam Na krańcu świata. Najsłynniejsza wyprawa na biegun południowy.

Nie jest to moja książka, lecz Męża – dostał ją ode mnie z-jakiejś-tam-kolejnej-okazji (a może i bez okazjiJ?). I najlepszą jej rekomendacją jest to, że przeczytał ją w 3 dni, nie rozstając się z nią nawet w wannie pełnej gorącej wody!!!!!!  P. nie lubi epiki pełnej fikcji nawet jeśli jest ona wielce prawdopodobna – ale reportażem, dokumentalistyką nie gardzi. A ta musi być najwyższych lotów skoro nie był w stanie ani na minutę jej porzucićJ!!!!!!!!

Z tym pytaniem dziś Was żegnam, życząc naprawdę spokojnej niedzieli.



Wymienione tu teksty biorą udział w wyzwaniu: GRUNT TO OKŁADKA.


15 lutego 2014

Ekscentryczną być kobietą - przyjaciółki niech nie milknął...

Uważam, że nie jestem próżna, chyba nie przykładam specjalnie uwagi do modnych ubrań, fryzur, kosmetyków, a nawet do estetyki ciała, ale dziś było typowe babskie popołudnieJ

Najpierw okładanie się pianą w wannie, później - ciapranie się lakierem do paznokci, następnie spotkanie z Kuzynką, by we dwie udać się do groty solnej jednego z okolicznych SPA, zasiąść w wygodnym fotelu kamiennej sali z klimatycznym wystrojem i gadać, gadać, opowiadać a chwilami nawet pomilczeć. No, niesamowita sprawa. Powiało pozerstwem, próżnością a nawet wyższymi sferami. Jakby nie można było plotkowania uprawiać przy kuchennym stoleJ

źródło zdjęcia: http://www.spabeskid.eu/index.php?option=com_content&view=article&id=11&Itemid=9

A jakby tego było mało, należało wszystko słodko zakończyć i podsumować szarlotką na ciepło z bitą śmietanąJ


To naprawdę było fajne popołudnie.
Można było odetchnąć, na pewne sprawy popatrzeć z dystansem, nagadać/wygadać się i posłuchać, popatrzeć na niektóre aspekty oczami drugiego człowieka – a to bardzo pomaga, daje nawet pewne wytchnienieJ
Dziękuję Darczyńcom zaproszeń do SPA, a przede wszystkim D. – że nie zawiodła, zechciała ze mną iść, że podarowała mi część swojego cennego czasu i kobiecego ciepła.
Dziś, jako podsumowanie taki tekst – oczywiście Agnieszki Osieckiej:


Tak chciałabym - tak umiałabym 
powiewną być - niby dym!
Królewną być - złote kwiatki rwać
i trenować nowe miny i przed lustrem stać!


Tak bym chciała damą być,

ach, damą być, ach, damą być
i na wyspach bananowych dyrdymały śnić!



Nie mam serca do czekania,

do liczenia, do zbierania,
Nie, mnie nie zrozumie pan!
Nie mam głowy do posady,
do parady, do ogłady -
to zbyt opłakany stan!



Chcę swój szyk jak dama mieć,

jak dama mieć, jak dama mieć,
i jak moja ciocia Jadzia z wrażliwości mdleć!



Nie mam serca do sieroty,

zgubionego wajdeloty
Nie, mnie nie zrozumie pan!
To nie mój styl z "musztardówki" pić
i z panem "na wiarę" żyć!
Wolałabym na stokrotkach spać
i trenować nowe miny, i przed lustrem stać!



Tak bym chciała damą być,

ach, damą być, ach, damą być
i na wyspach bananowych "bananówkę" pić!



Nie mam serca do pilności,

do piękności, do świętości,
to zbyt wyszukany stan!
Nie mam głowy do dyplomu,
do poziomu, zbiórki złomu,
nie, mnie nie zrozumie pan!



Damą być, ach, c'est si bon,

ach, c'est si bon, ach c'set si bon,
tylko gdzie te, gdzie te damy,
gdzie te damy są?
Z kochasiem gdzieś poszły w siną dal,
Odfrunęły z królikami, a głupiemu żal!


ps - tytuł wpisu jest fragmentem piosenki Alicji Majewskiej.

14 lutego 2014

Na wesoło:)

Dziś w wielu miejscach o romantyźmie, miłości, love story i wyciskaczach łez:)
A ja - natchniona komentarzem Megi - postanowiłam pokazać coś co mnie śmieszy od dziecka, do czego chętnie wracam, a jakieś 3 lata temu, zimą właśnie, urządziłam sobie maraton i oglądnęłam WSZYSTKIE odcinki!!! Uśmiałam się do łez, co ciekawsze fragmenty pokazywałam Rodzinie a i nawet P. dał się skusić na kilka seansów.
A oto ten mój MISTRZ:




Najbardziej rozczula mnie 37 sekunda - te futrzane łapki:):) Miodzio:):)
I niech będzie jeszcze to:


Może i jest naiwne, banalne i naciągane (bo jak na Melmak mógł się Alf nauczyć angielskiego:)? no, ale przecież podsłuchy to może tam mieli:-;)) ale nie można powiedzieć, że nie cieszył, nie dawał wytchnienia i nie uczył śmiać się ludzkich przywar:) 
Grunt to popatrzeć na siebie w krzywym zwierciadle:)!

Więc Kochani - zapraszam na seans:):)

12 lutego 2014

Człowieczy los...

Przez kilka ostatnich dni czułam się jak w kalejdoskopie.
Jakby ktoś zabawił się moim kosztem.
Jakby moje życie nie było moim.
Jakbym ja to nie była ja.
Jakbym patrzyła na siebie jak nie siebie a to wszystko, co się wydarzało wydarzało się nie mnie a komuś innemu.
Nasz dom stał się polem bitwy i arena cyrkową jednocześnie, a popularne w moich ustach słowo "czad" nie oddawało tego, co się działo.
Nawet cichy i w sumie tolerancyjny P. wolał plątać się po polach z psem niż tkwić w chaosie.
Ale od prawie doby jest spokojnie.
Pole bitwy "odjechało" a myśmy się wreszcie wyspali:)
Dopiero teraz doceniłam ciszę, przestrzeń a nawet rutynę.
Jak dobrze...



źródło zdjęć: demotywatory.pl
I do Was też wróciłam:)

6 lutego 2014

Spacerowo:)

Na wycieczce z Bilbem spotkaliśmy takie cudeńka:




















Czy naprawdę mamy połowę lutego? I ten brak śniegu i brak mrozu... Takiej zimy nie pamiętam... Zamiast nart - niedzielne pluskanie się w ciepłej wodzie... I magia i nie magia... Zależy jak kto na to patrzy...

5 lutego 2014

Dzieckiem być:)

Więc dziś będzie o chwaleniu się:):)
Kurier (Pan-Paczka - jak mówię w prywatnym gronie) przyniósł przesyłkę ze ZNAKU a tam aż 12 cudowności. Po wyliczeniach P. okazało się, że nie zapłaciliśmy nawet połowy ich wartości:) Rabaty są takie fajne!!!
I w tym przypadku mam kilka pozycji krytycznoliterackich. Pokazany tu Słownik symboli (na 1. roku studiów wertowany przeze mnie przez cały semestr zajęć z semiotyki) stał się ulubieńcem P.:)


Znalazło się kilka tekstów dokumentalnych.


I oczywiście literatura:):) Mało skromnie przyznam, że właśnie skompletowałam co ważniejsze tytuły Myśliwskiego. 


A Mężczyzna... Perez-Revertego nie mógł mieć lepszej reklamy:  http://www.youtube.com/watch?v=9du5mxrMftw.
Polecam. Warto zobaczyć. I na pewno przeczytać:)

A zanim zaczęłam oczekiwać Pana-Paczki, pojechaliśmy w niedzielę z P. na wycieczkę. I w jednej z góralskich karczm były takie perełki:
























Tak, wiem - trochę to kiczowate, ale jak się jest z dala od domu, na wycieczce, świętując Ważna Rocznicę wszystko wydaje się piękne, wyjątkowe i godne zapamiętania. Tak czy inaczej - choinka super i sama taką mogłabym mieć:) Ale na pewno na niej bym nie poprzestała:-D

A jutro będzie kolejna partia celebrowania książkowych zdobyczy:)

4 lutego 2014

E-meilowo:)

We wczorajszej serii elektronicznych listów Iza przypomniała dawno nie widziany i dawno temu oglądany "Kandahar". Uważam, że warto go oglądnąć - i chyba nigdy nie straci na aktualności. Bo siostrzana relacja zawsze jest mocna - bez względu na odległość, kulturowe spojrzenia i echa codzienności. I czasem trzeba wszystko rzucić, by odpowiedzieć tej relacji.


A później Iza napisał o zakazanej w Iranie książce "Kobiety bez mężczyzn" i filmie na jej podstawie (pd tym samym tytułem).


Aż wstyd się przyznać, ale nic nie wiem na temat tego filmu. Wczoraj po raz pierwszy o nim usłyszałam. I dowiedziałam się, że autorka zajmuje się fotografiką i video artem. Niektóre prace naprawdę są fajne. Mnie się podobają. Mają wymowę.


A następnym razem na pewno będzie o czymś lżejszym. Chyba, że kurier znów zawiedzie:(

2 lutego 2014

Zdobywanie poziomów:)

Moje styczniowe lektury, biorące udział w wyzwaniu

to:
1. W. Myśliwski, Ostatnie rozdanie.
2. J. Tischner, Rekolekcje paryskie.

Luty zaczynam książką O. Tokarczuk, Anna In w grobowcach świata, która kilka lat temu ukazała się nakładem Wydawnictwa ZNAK w międzynarodowej serii MITY.


Już teraz wiem, że O.T. znów nie zawiedzie:) Początek świetnie wprowadza w akcję.
Poza tym, skuszona omówieniami autorek blogów: Zwiedzam Wszechświat, Zielona Cytryna oraz Moje Zaczytanie zamówiłam w bibliotece Z zimna krwią oraz Alicję w krainie rzeczywistości. Jednak patrząc na listę oczekujących (a biblioteka gromadzi nowości wszelkie, lecz po 1 egzemplarzu:() może dopiero pod koniec miesiąca je otrzymam:(:(
Buuu....
Ale myśli jestem dobra - zakładam, że osiądę założony poziom:)
Życzę rodzinnego i książkowego weekendu:)