31 maja 2014

Dewastator

Teraz tylko kilka zdjęć - one same najlepiej powiedzą co chce przekazać. Dodam tylko tyle, że Bilbo dokonał tego wczoraj późnym popołudniem, kiedy pojechaliśmy na zakupy. Nie wiem czy z tych połamanych gałązek coś jeszcze da się zrobić:(:(!



Śledztwo na własną rękę


Przekleństwa niewinności to dziwna książka!
Już w pierwszych zdaniach dowiadujemy się kto jest głównym bohaterem (tutaj mamy bohaterki), czego tak naprawdę tyczy się fabuła i do jakiego finału prowadzi (więc i żalu nie można mieć o to, że takie skrupulatne streszczenie znajduje się na okładce).
Mamy oto jedno z małych amerykańskich miasteczek, którego mieszkańcy – prawnicy, handlowcy, nauczyciele, duchowni, urzędnicy (czyli dobrze sytuowana klasa średnia) - wiodą spokojne życie. W tą– jak się wydaje - dobrze wyselekcjonowaną i duszną społeczność wdziera się rysa, wyrwa, która zakłóca pozorny spokój mieszkańców – wszystkie córki (i jedyne dzieci, bo synów nie mają) państwa Lisbon: Mary, Therese, Lux, Cecylia, Bonnie popełniają samobójstwo. Nie jednocześnie – każda oddzielnie, w swoim – chciałoby się powiedzieć – czasie. Pierwsza na ten krok „zdecydowała się” Cecylia. Po nieudanej pierwszej próbie (podcięcie żył), rzuciła się na ogrodzenie z metalowych prętów. I to wydarzenie rozpoczyna całą opowieść. W jej snuciu nie chodzi o to, co było przed tym tragicznym wydarzeniem, ani po nim. Chodzi o to, co było POMIĘDZI kolejnymi śmieciami i co do nich doprowadziło. Ekscentryczne osobowości dziewczyn, które nie umiały się odnaleźć w banalnej, przewidywalnej, ułożonej społeczności małego miasteczka? Ich niesprecyzowane i nigdy nie wprowadzone w życie marzenia? Surowe, izolujące dziewczęta od świata zewnętrznego (kolegów, a później nawet szkoły) zasady wychowania skrupulatnie wprowadzane przez ich matkę (bo ojciec to raczej figurant, pionek w rękach pani domu)? Może zwyczajnie chodziło o bunt? A może wszystko sprowadzić należy do „niezdrowych wyziewów” i „siarkowego smrodu” rodzinnego domu? W Przekleństwach… nie ma analizy tych problemów. Jest tylko opowiedzenie, rekonstrukcja tego, co – od śmierci Cecylii - działo się z dziewczynami.
I jest to nietypowa forma opowiadania. Bo w pierwszej osobie liczby pojedynczej: my, nas, nami. Jak się łatwo domyśleć, narratorami są rówieśnicy (chłopcy) panien Lisbon (jak je nazywają: Lisbonek), którzy (ogarnięci obsesją na punkcie ich ekscentrycznych osobowości) prowadzą własne śledztwo, stają się szpiegami dziewcząt, „podglądaczami” każdego ich ruchu. Są sytuacje, kiedy zabieg ten wydaje się ciekawym i sensownym – bo łatwo sobie wyobrazić przeciętnego nastolatka wodzącego oczami za obiektem pierwszej fascynacji. Ale można też wyłapać akcenty, kiedy ten typ opowiadania razi: kiedy dowiadujemy się, że ci sami chłopcy – już jako dorośli, wszyscy razem, zbiorowo, po latach – rozmawiają ze świadkami tragicznych wydarzeń, odwiedzają każdego z nich, zadając te same pytania, starając się stworzyć pełny obraz tego, co stało się w przeszłości. W takich sytuacjach budzi się mój sprzeciw: bo czy możliwe jest, tak na zdrowy rozsądek, by w tej samej grupie kultywować swoją manię? Jeździć tak zbiorowo? Wciąż być w szponach tej samej obsesji? Wydaje się to małoprawdopodobne! Jednak z kolejnych części opowiadania dowiadujemy się, że podłożem dochodzenia nie jest tylko ciekawość. Sformułowania takie jak: „eksponat”, czy „Rejestr materiału dowodowego” świadczą, że wcześniej naiwni i ciekawscy chłopcy, stali się kimś na kształt przewodników po utworzonym przez siebie muzeum poświęconym dziewczętom. Zgromadzili tam cały wachlarz przedmiotów związanych z ich życiem i decyzjami podejmowanymi po śmierci Cecylii. Obok tego – jeśli wierzyć relacji „chłopców” – są „zeznania” świadków tych wydarzeń i pamiątki po tamtym okresie. Wnioskować z tego można, że losy pięciu dziewcząt były/są obsesją nie tylko chłopców, lecz i całej społeczności. Dzięki temu - nawet po latach - pamiętają, co stało się w ciągu tych kilku miesięcy i czego tyczyły się ich spekulacje.

Przekleństwa… to dziwna powieść, ale niewątpliwie warto ją przeczytać. A na raz za razem pojawiające się trudne i intrygujące pytania odnośnie losu dziewcząt, Czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam.
                             TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIACH:

„(…) Uciekaj skoro świt/ Bo potem będzie wstyd/ I nie wybaczy nikt/ Chłodu ust twych (…) ”

W 2004 roku Alice Munro wydała książkę Runaway.  To zbiór ośmiu opowiadań, których głównymi bohaterkami są kobiety pragnące uwolnić się od tego co je osacza, ogranicza, męczy i dusi od środka.
W pierwszej, tytułowej Uciekinierce występuje Carla. Prowadząc z mężem jednocześnie stadninę koni i szkółkę jeździecką, czuje się przygnieciona i ograniczona wybuchowymi, zmiennymi nastrojami męża, jego agresywnym i pretensjonalnym nastawieniem do świata i innych ludzi. Życie w ciągłym napięciu doprowadziło ją do rozstroju nerwowego i ciągłego płaczu. Aż się nagle okazuje, że w tę mało ciekawą sytuację życiową Carali i Clarka wkracza sąsiadka – Sylvia. Takim oto sposobem sytuacja nabiera rumieńców, akcja przyjmuje zaskakujący obrót, który wnet znów nieoczekiwanie się zmienia. Następuję eskalacja napięć i ich wybuch. 
Uciekinierka – jak na modelowe opowiadanie przystało – zawiera wszystkie jego podstawowe cechy: jest krótka, akcja powoli się rozwija ale jednoznacznie zmierza do punktu kulminacyjnego, po którym nagle następuje finał - choćby nawet dość zaskakujący (w tym przypadku mam na myśli motyw z kozą Florą).     
Ale według mnie to nie fabuła jest tu najbardziej zaskakująca. Tym, co mnie wręcz powaliło jest umiejętność operowania językiem i wykorzystywania wszystkich jego możliwości: dozowanie informacji, budowanie przestrzeni, zgoda na samodzielne wypowiadanie się postaci, tworzenie nastroju zależnego od emocji konkretnego bohatera. A najciekawsze są zwroty akcji – i to w momencie, kiedy czytelnikowi wydaje się, że odgadł finał całej intrygi. Takim sposobem znajdziemy w Uciekinierce elementy powieści grozy (figura mgły), motyw powieści w listach, coś na kształt kryminału (pomysł szantażu), romansu i obyczajówki, jest motyw snu i retrospekcja. A wszystko to w formie minimalnej i okruchowej wręcz.
Dlatego tak łatwo ujrzeć w nich ten talent autorki, który niewątpliwie przyczynił się do przyznania jej nagrody Nobla.
Osobiście muszę przyznać, że krótkie formy wypowiedzi (nowela, opowiadanie) nie są moimi ulubionymi – nie przepadam za czymś, co się kończy nim się zaczęło. Niemniej po spotkaniu z Uciekinierką zaczynam wierzyć, że moje nastawienie do tego typu tekstów może ulec zmianie. A z tą autorką na pewno jeszcze nie raz się spotkam. Was też zachęcam!



TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:
(kobieta ma maleńkie, przylegające do ucha kolczyki – coś na kształt perełek; na zdjęciu (dodam jutro) tego nie widać – może w Sieci jest lepszej jakości)

ORAZ W WYZWANIU:

28 maja 2014

"…najgłośniejszy proces epoki"

Z okazji obchodzonego kilka dni temu Dnia Matki dałam mojej mamie między innymi Upadłe damy II Rzeczypospolitej.
I jakież było moje zdziwienie, gdy już w Prologu znalazłam wzmiankę o intrygującej mnie od dawna historii Rity Gorgonowej, pólserbki, z zawodu bony oskarżonej o zamordowanie córki swego pracodawcy-kochanka inżyniera Zaremby. Wspomniana zbrodnia, którą żyła cała przedwojenna Polska, której rozwikłanie i późniejszy proces relacjonowały wszystkie polskie dzienniki, która prawie doprowadziła do linczu podejrzanej – ale jeszcze nie skazanej – Gorgonowej, miała miejsce w nocy z 30 na 31 grudnia1931 pod Lwowem w jednej posiadłości Zaremby. Jak można przeczytać w wielu źródłach, Rita Gorgon była piękną kobietą, lubiła towarzystwo mężczyzn i mimo, że była mężatką, nie stroniła od adoratorów. Te same źródła donoszą, że szybko została jego kochanką, niedługo potem urodziła się im córka, ale w pozornie szczęśliwe pożycie wdarła się dość spora rysa – pierwsza córka Zaremby stanowczo zażądała, by ojciec oddalił kochankę i przeniósł się z dziećmi do Lwowa. Właśnie wtedy, tuż przed przeprowadzką, dokonano wspomnianej – z seksualnym podłożem - zbrodni. Jak można przeczytać, początkowo podejrzewani byli Gorgonowa i Zaremba, później jednak zarzuty przedstawiono tylko kobiecie – od samego początku była brana pod uwagę jako sprawczyni brutalnego mordu. Za główny powód podano brak zgody na rozstanie z kochankiem. Po zakończeniu skrupulatnie relacjonowanego przez prasę procesu Sąd Okręgowy we Lwowie skazał ją na karę śmierci, jednak - po ponownym rozpatrzeniu sprawy – sąd w Krakowie zmienił karę na 8 lat pozbawienia wolności (okolicznością łagodząca miało być działanie pod wpływem emocji).      
Historia zbrodni z 1931 roku była/jest na tyle intrygująca, że poświęcono jej niejedną stronę niejednego dziennika, stała się - niczym fabuła współczesnego serialu - tematem rozmów każdego Polaka, uczyniono z niej przedmiot badań kryminologów, historyków, znawców epoki, a nawet seksuologów, poświęcono jej sztukę teatralną, nakręcono film, nazwisko Gorgonowej znalazło się w tytule pewnej piosenki. Do dziś zadawane są pytania: Czy to ona zabiła? Czy miała wspólnika/prowodyra? Czy kara była miarodajna do winy? Historia ta fascynuje mnie odkąd kila lat temu zobaczyłam w Sieci fragment filmu Sprawa Gorgonowej. A teraz jeszcze bardziej zaciekawiła, bo oto okazuje się, że najmłodsza córka oskarżonej (urodzona w więzieniu, również owoc związku z Zarembą) oraz wnuczka bony domagają się wznowienia procesu Rity Gorgonowej. Dla mnie to fenomenalna sprawa – wznowienie procesu po 80 latach. Kiedy są nowe metody śledcze, nowe sposoby badania, ale nie ma już świadków! Nawet sama najbardziej zainteresowana uniewinnieniem już nie żyje (choć wraz z wybuchem wojny w 1939 roku jej losy są mało znane). Choć jestem laikiem, wydaje mi się, że rodzina Gorgonowej ma pewne podstawy, by prosić o ponowne rozpatrzenie sprawy – a przy powodzeniu oczyszczenie nazwiska Rity. Tym bardziej czekam na rozwój wypadków.

(źródło zdjęcia: http://rebelya.pl/forum/watek/61671/)

(źródło zdjęcia: http://www.stulecieliteratury.pl/2013/05/rita-gorgonowa-niewyjasniona-zagadka.html)

A wszystkich zainteresowanych sprawą Rity Gorgonowej odsyłam do rzeszy artykułów prasowych i - choćby wspomnianej we wstępie – książki. 

 (źródło zdjęcia: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3999,Upadle-damy-II-Rzeczpospolitej)

16 maja 2014

Wojna

Dziś spróbuję napisać o książce, na temat której wiele osób już się wypowiedziało, wiele o niej już napisano, a mnie dopiero teraz udało się ją skończyć. Chodzi o Miłość z kamienia Jagielskiej.






















Już kiedyś w jednym z komentarzy napisałam, że jest to tekst „z trzewi”. I zdanie to podtrzymuję. Bez emocji, na sucho i rzeczowo nie można mówić o tym tytule. Nie można też pokusić się o ocenę jego bohaterów. Bo ma oto czytelnik w ręce książkę opartą na faktach – i to nie na faktach-wydarzeniach, faktach-zdarzeniach, faktach-zaistniałych sytuacjach, lecz na faktach-przeżyciach, faktach-emocjach, faktach-uczuciach, tym, co wydarzyło się w sercu i głowie bohaterki-autorki. To, że jest to historia/opowieść żony jednego z najwybitniejszych polskich korespondentów wojennych, że żona ta spędziła niemało czasu w klinice psychiatrycznej ze zdiagnozowanym zespołem stresu bojowego, że czytelnik trzyma w dłoni najintymniejsze jej wyznania, wiedzą już wszyscy. Ale przeczytałam mało recenzji, które spróbowały odpowiedzieć na pytanie, co pod tymi sloganami tak naprawdę się mieści.
Dla mnie ta książka to nie opowieść o mechanizmach wojny, ludziach wojny (choć i ich jest cała plejada), pracy dziennikarza-korespondenta, lecz książka o drodze „z” wojny i o drodze, która doprowadziła bohaterkę-autorkę w miejsce, w którym czytelnik ją spotyka – do szpitala. Cała ta ksiązka jest próbą odpowiedzi na pojawiające się w niej raz za razem pytanie:
(…) pytam dość agresywnie, skąd się wzięła moja choroba, myślę, że już czas mi to wyjaśnić. Jak można mieć zespół stresu bojowego, nie jeżdżąc na wojnę? (s. 196) 
(…) nigdy nie byłam na wojnie, specjalizowałam się w dbaniu o to, żeby dziecko zdawało z klasy do klasy, a kot siedział w domu. (s.74)
Więc autorka wiarygodnie i bez fałszu opowiada o wizji odłączonej od reszty ciała głowie Meraba Kakubawy, o prześladującym ją obrazie Czeczenki Tai, o swoim czekaniu – będąc przytulona do podłogi, wciśniętą między domowe meble - na telefon z wiadomością o śmierci męża, o oderwaniu od bliskich, o przerwanej karierze zawodowej, o krępującym zachowaniu w jednym z miejskich szpitali, o próbie wtopienia się w świat męża – bo czym innym była ich wspólna wyprawa na wojnę w Azji? Wydaje się, że dla autorki najważniejszy jest – utworzony z tych wielkich drobiazgów - obraz powstawania jej choroby. I nie ma w tej historii cienia wstydu czy zażenowania swoim zachowaniem – jest autentyczna, szczera opowieść. Czasem chaotyczna, poszarpana, z nasyconymi błędami językowymi, z powtarzającymi się frazami. Jakby wypowiadający chciał samego siebie do niech przekonać, upewnić się o ich słuszności i mocy. A z drugiej strony mówią o jego stanie ducha.

Obok autorki i postaci związanych z 52 wojnami (agresorzy, broniący, bohaterowie i antybohaterowie), o których przez ponad 20 lat opowiadał Jagielski, mamy tu jeszcze jednego bohatera – Lucjana. Już pierwszego dnia spotkała go bohaterka w jednej z alejek szpitalnego ogrodu i od razu nawiązała nić porozumienia. We mnie rodzi się pytanie na ile to postać autentyczna a na ile fikcyjna? Może to faktycznie jeden z pensjonariuszy – targany wyrzutami sumienia ojciec maltretowanej Mariolki. A może to męski odpowiednik narratorki, jakaś forma jej alter-ego, której ta autentyczna, rzeczywista kobieta próbuje opowiedzieć swój stan ducha, uporządkować tę drogę, która doprowadziła ją do szpitalnego parku; może Lucjan jest jednym ze sposobów dochodzenia do „normalności”? Trudno mi jednoznacznie powiedzieć.

Swoją historią wystawia też autorka cenzurkę współczesnemu dziennikarstwu. Brutalnie rozlicza się z jego brutalnymi mechanizmami, bezdusznością i szukaniem sensacji. A przecież świat nękany wojną w dziennikarzu widzi ostatnią deskę ratunku. 
Wierzyły, że taki dziennikarz ma prawdziwą władzę. (s. 127)
(…) nie wolno ingerować w los tych ludzi – są po prostu dziennikarską zdobyczą. (…) I ryzykowaliśmy życiem, szczęściem bliskim dla zwykłej dziennikarskiej zdobyczy. (s. 205 – 206, passim)

Tekst Jagielskiej naprawdę jest próbą rozliczenia się z własną chorobą, opowiedzenia jej – głównie sobie, ale jest to też opowieść o ludziach wojny – walczących i obserwujących walki, cywilach i żołnierzach, mężczyznach i kobietach. Jest to też opowieść o mechanizmach dziennikarstwa, najskrytszych uczuciach, oczekiwaniach stawianych sobie i innym - a przede wszystkich demonach, mieszkających w człowieczej duszy.  
Nie mogłam na spokojnie czytać tej historii. Książkę poznaczyłam, marginesy zapełniłam uwagami, w lepszym jej zrozumieniu wspomagałam się informacjami zawartymi w Internecie. Jak bardzo ten tekst wrósł we mnie niech świadczy poniższe zdjęcie oraz fakt, że o formie tego tekstu myślałam prawie 4 dni, a pisałam go 2. 

ps – świadomie nie mówię o bohaterce autentycznym imieniem i nazwiskiem, bo historia ta jest tak trudna, tragiczna, irracjonalna, że trudno uwierzyć, że jest historią autentyczną, że wydarzyła się naprawdę i wciąż się „w niej” wydarza.

TYTUŁ BIERZE UDZIAŁ W WYZWANIU:

15 maja 2014

W czasie deszczu dzieci się nudzą...

... i kombinują co tu ze sobą zrobić. Ja wykorzystuję swój niezawodny sposób - czytam co popadnie i oglądam stare seriale, a Bilbo... No, cóż - sami popatrzcie... On ma swój sposób na niekończący się, zimny, przeszywający deszcz...






















                                             
("Jak widać, za oknem nic się nie zmieniło")     









("Mam już dość")



                                             








("Za poduszkę może nawet futryna posłużyć")


A na koniec kilka perełek z Bilbem w roli głównej: Jako pierwsze zdjęcia z cyklu: Mam już dość, a później zabawa w "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" - gdzie jest Bilbo:)?




(A widzicie te pijane deszczem oczka:)?)

I oto zdjęcia z cyklu zabawowego:

Już na sam koniec kilka zdjęć z mojego ogródeczka - ostatnie, jakie  udało mi się zrobić przed tym deszczowym nalotem... 
Czujemy się tu wodą osaczeni - ogród tak cudnie przeze mnie i ogrodników zagospodarowany tonie, kwiaty doniczkowe pływają (schowanie ich pod dach nie na wiele się zdało - woda niesina wiatrem tak zacina, że nawet pod tam dociera), drogą płynie woda - chłopaki chodzą z łopatami i poprawiają przepustowość, a w centrum miasta widziałam wypływającą ze studzienki fontannę - woda się w niej już nie mieści...
Ot uroki miasta w którym spotykają się trzy górskie rzeki...


Wszystkich serdecznie pozdrawiam:)! 
Jutro już będzie o książce:):)

12 maja 2014

Wyjazdowo

Należę do tej grupy ludzi, którzy nie są w stanie na dłuższą metę usiedzieć w miejscu, żyć monotonnie, schematycznie. Przychodzi taki moment, kiedy muszę ruszyć z miejsca – nawet, by popatrzeć na siebie z innej perspektywy, z dystansu. Uwielbiam się przemieszczać, jeździć na wycieczki, oglądać i poznawać nowe miejsca. Nawet jeśli jadę tylko do mamy.
I na takiej eskapadzie byłam w piątek. P. zapakował mnie, hamak, kaloszki, zapasowe ubrania, Bilbusia i kazałam się powieść do domu z dużym ogrodem. Miał to być słoneczny dzień w słonecznej przestrzeni a skończyło się na uciszaniu niesfornego psa. Bo - nie wiem jakim cudem – Bilbo przemienił się w lokalnego potwora! Nic mu się nie podobało. Wył, skomlał, piszczał i jedynie wycieczki do lasu (jak ta 1,5 godzinna, kiedy 15. miesięczna Agatka spała) były w stanie go ucieszyć. Tym sposobem moje hamakowe wczasy przemieniły się w akcję uciszania psa. I może nie byłoby to takie uciążliwe, gdyby pies mojej mamy nie towarzyszył Boilbowi w „podkręcaniu” atmosfery. Naprawdę – w piątek było jedynie kilka chwil wolnych od psiego ujadania. Jednka udało mi się zrobić kilka „miłych” zdjęć. Oto one. Widać na nich brykającą moją siostrzenicę, słodkiego Bilbusia i zielony ogród mamy.

ps – Daga, jeśli z perspektywy swojego ogrodu wydawało Ci się, że po drugiej stronie lasu odbywa się jakaś inwazja, to zmysł Cię nie zawiódł – to byłam ja, mój pies i jego rozchwiane emocjeL








(a to już w domu - totalnie wymęczony Bilbuś! Biedaczysko musiał odespać całodzienne trudy)

Kolejna wycieczka miała miejsce wczoraj. Z okazji komunii syna naszej Koleżanki. Uroczysty obiad był w klimatycznym, uroczym, pełnym atrakcji (choćby przejażdżka bryczką) – a tym samym doskonałym na dziecięce imprezy – Bartniku koło Stróż. Jest tam muzeum pszczelarskie, zagrody skansenowskie ze zwierzętami na czele, park ze stawami rybnymi, wystawa oryginalnych uli i pasieki. Wszystko to można zobaczyć - a część eksponatów nawet dotknąćJ! Zdjęcia oddają klimat miejsca, ale uważam, że wizyta i tak była za krótka. Jest tam tyle zakamarków, przestrzeni i miejsc do oglądnięcia, że trzeba wybrać się na cały dzień, a nie kawałek popołudniaJ Tym samym planuję kolejną tam wyprawę – tym razem już roweramiJ. W końcu lato za pasem!!
Życzę miłego oglądaniaJ!






           

11 maja 2014

Książkowo

Dziś wyjątkowo krótko. Jedynie o tym, co uwielbiam. O książkach. Ale nie "recenzencko", a "prezentersko". Pokażę dwa zestawy: ten zdobyty w Krakowie oraz ten otrzymany - wygrany w konkursie Wygraj Książki: http://hugekultura.blogspot.com/2014/01/konkurs-comiesieczny-wygraj-ksiazki.html?showComment=1393753530049#c3598609976051381748.
Jako pierwszy prezentuje się taki oto:


O Imperium... pisałam dawno temu - kupiłam zimą Koleżance na urodziny/imieniny; spodobał mi się opis i dla siebie pozycję upolowałam; Orzeszkowa to obowiązkowa pozycja nauczyciela, LIosa to niebanalny noblista - po przeczytanie Szelmostw... nie mogę obok tego nazwiska przejść obojętnie; a Eco - wiadomo, Mistrz Mistrzów:)!!
Daga, jak widać nie umiem się powstrzymać - miałaś we wszystkim rację:):)!
A druga kupka jest taka:


Rządzi w niej poezja - jako zbiór utworów i życiorys jednej z głośniejszych polskich poetek - Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Będzie to na pewno przednia lektura - jak ogarnę: opowiem o niej:)!

A jutro powinna być relacja z dwóch "wypraw" - zdjęcia mam całkiem ciekawe:):)

Serdecznie wszystkich pozdrawiam:)!!!

7 maja 2014

Wtorek

Dziś krótko. I z ogromną ilością zdjęć.
Wczoraj był kolejny z moich wyjazdowych wtorków. I pierwszy od dawna wyjazd z P.
Było super! Zajęcia zajęciami, ale wspólne oglądanie Krakowa to wyjątkowe przeżycie.
I oto mini foto-relacja.

Na początek krakowskie witryny i szyldy. Jakże inne od naszych. Są kolorowe, barwne, różnorodne, z pomysłem.






Później obiad w popularnej meksykańskiej knajpie. Trzeba było na niego trochę czekać (niektórzy wykazując aktywność umysłową:) ), jedzenie takie-se, ale wystrój całkiem ciekawy. Kolorowy. 

















No, a Kraków nie byłby Krakowem, gdyby nie zabytki. Oto fasady kamienic, Wawel i panorama z jego podwórza – niezapomniany widok. 

















A dziś Bilbo znów odstawił przedstawienie. Najpierw w ogrodzie wył z nudów, kiedy wprowadziłam go do domu, a P. pojechał do mamy – skuczał, piszczał, skamlał, wędrował od drzwi do drzwi, od okna do okna i wołał pana. Poniżej dowody.
I jednego nie mogę zrozumieć – skoro tak jest do P. przywiązany, tęskni za nim, lubi z nim przebywać, dlaczego uciekł? Jak mógł być poza domem ponad 3 dni i samodzielnie do niego nie wrócić? Nie rozumiem… Kocha swojego pana, ale daje dyla i nie wraca…
Oto Bilbuś…               

 (ta ciemna, mała plama w tle między filarem a drzwiami to Bilbo:))