30 listopada 2013

"Cukierek"... - to jest to:)

Piosenką na dziś jest Candy autorstwa Johneey’ego Mercer’a.
Był on amerykańskim kompozytorem, autorem tekstów i wokalistą, który za dwa swoje utwory otrzymał statuetki Oscara (odpowiednio w 1961 r. i w 1962 r.).
Interesująca nas tu piosenka została zarejestrowana w Hollywood 6.12.1944 r. a w lutym 1945 „dotarła do 1 miejsca amerykańskiej listy bestsellerów.” Obok Mercer’a w nagraniu uczestniczyli: Jo Stafford (która do 2008 roku mieszkała w Los Angeles) , Paul Weston i cała jego grupa wokalna The Pied Pippers.




Nie wiem czemu, ale według mnie ten utwór jak mało który nadaje się na czas wypieków, robienia dekoracji i chwile wypełnione rozpylaniem różnych zapachów – nie ważne czy andrzejkowych czy już tych bożonarodzeniowych:) 

28 listopada 2013

Piosenka na dziś...:)

Wczorajsza wzmianka o Trzeszczącej... nastroiła mnie refleksyjnie i pomyślałam sobie, ze do Nowego Roku mogłabym - tak co drugi dzień - publikować Wam (wraz z krótką historią, opisem) jakąś jedną piosenkę z mojego zbioru Trzeszczących... Będzie to o tyle możliwe pod warunkiem, że interesująca mnie piosenka znajduje się w sieci:) Gdyby jej jednak nie było - odpowiednia opowieść i bez tego się pojawi:) Wszystkie informacje teoretyczne zaczerpnięte będą oczywiście z książeczki dołączonej przez redaktora Kaczkowskiego do każdego wydania Trzeszczącej...  

Piosenką na dziś jest There! I've Said It Again wykonywaną przez Vaughn'a Monroe.

źródło zdjęcia: http://www.sitcomsonline.com/photopost/showphoto.php/photo/155111/si/Vaughn

Muzyk był trębaczem i wokalistą śpiewającym barytonem. Ze sceną związany był do końca lat 50. W pracy nad prezentowaną tu piosenką, obok jego stałej orkiestry, pomogła autorowi również pięcioosobowa wokalna grupa dziewczęca. Utwór ten w styczniu 1945 roku "dotarł do 1 miejsca amerykańskiej listy bestsellerów."
A dziś wciąż można go jeszcze słuchać i cieszyć się nim.


27 listopada 2013

Kontemplacja...

U mnie wciąż odbywa się kontemplacja białej aury:)
Nic w tym nie pomaga bardziej jak słodkie dźwięki słodkiej muzyki:)
W okolicach grudnia odkurzam Trzeszczącą Płytę 1 - ułożoną, opracowaną i z odpowiednim entuzjazmem rozreklamowaną wśród swoich słuchaczy przez Piotra Kaczkowskiego z radiowej Trójki.
Że Kaczkowski jest moim guru dziennikarstwa i swego czasu nie przegapiłam ŻADNEGO wydania niedzielnej audycji Mini-Maks a teraz staram się słuchać W Tonacji Trójki wiedzą pewnie wszyscy.
Tym samym nie mogłam nie mieć wypieszczonej i z takim mozołem dopracowanej pierwszej Trzeszczącej... 
źródło zdjęcia: http://sklep.polskieradio.pl/Products/3118-trzeszczaca-plyta-1-1cd.aspx

A tam takie perełki jak na przykład te:

(na płycie wersję tej piosenki wykonuje Mantovani ze swoją orkiestrą - znając perfekcjonizm Kaczkowskiego dotarł pewnie do oryginału :))



Prawda, ze cudne dźwięki:)? I wiele takich z czasów szalonych lat 20. i 30. kiedy widmo wojny było mgliste a dla niektórych wręcz nierealne oraz absurdalne. Ale są i takie, które wojnę mają w tle i nie zdołały przed nią się obronić.
Trzeszczących... ukazało się 10 (wg mojej wiedzy). Z wiadomych przyczyn udało mi się zakupić/zdobyć jedynie 7...
Ale cieszą jak mało który zestaw płyt:)

26 listopada 2013

Chu, chu cha nasza zima zła…

No i stało się:)
 Po dniach słoty, wiatru, mgieł a ostatnio nawet totalnego deszczu przyszła Koleżanka Zima:)
Jest piękna:)
Taka biel nastraja mnie chwilową melancholią, zadumą, po której przychodzi fala radości i energii; mój umysł zaczyna szybciej pracować, wznosić się na jakieś wyższe pokłady intensywności, ciało aż rwie się do działania – jakiegokolwiek – byleby pracować:)
Więc gromadzę wokół siebie masę książek, odkurzam znienawidzony niemiecki, wyciągam kolorowe karteczki, otwieram notatnik i… 
Idę z Bilbem na spacer:):):)

A tam znajdujemy takie cudeńka:)



















Jednak przyroda się broni i niechętnie idzie na zasłużony odpoczynek.


A skoro jest koniec listopada to i Pewnemu Świętemu czas pomóc. Tym samy jedna półka wygląda dziś tak:



Tylko co ja będę robić do Świąt, skoro już teraz wszystkich obdaruję i wszystko rozdam? Tak się z tym spieszę, bo i rodzina przecież mi się powiększyła i zdecydować się nie mogę i nie chcę nic banalnego ani drogiego – za to symbolicznego i indywidualnego: czyli dla każdego coś miłego. Wiadomo – najmniejszy kłopot z Bratem: ten to zawsze i wszędzie preferuje białą czekoladę:) W tym całym moim zestawie wymogów wymyśliłam sobie, że - w miarę możliwości - sama wszystko zapakuję, owinę i nic nie będzie w oklepanej "sklepowej" torebce:) No i się wyżywam... - niekoniecznie artystycznie...
Jaki tego finał i ile tych paczuszek będzie - pokażę w grudniu:) 

A kiedy już przestanę być pomocnikiem Mikołaja będzie czas lepienia uszek:) Tak – uszka z barszczem to jest to:) Już nie mogę się doczekać:):)

Póki co wciąż cieszę się pierwszą w tym roku zimą i liczę, że prędko nie odpuści:)
Oto jak rozgościła się na naszym tarasie:):)





22 listopada 2013

Podglądnięte...

W regularnie podglądanym przeze mnie blogu, w jednym ze starszych wpisów, znalazłam takie cudeńko - i nie mogłam się oprzeć: pokazuję też tutaj:)

źródło: nissiax83.blogspot.com

Prawda, że fajne? - i życiowe:)



* * *

W pracy Świat jako… Schopenhauera wyczytałam dziś:

Dwiema ukrytymi alegoriami są natomiast Don Kichot i Guliwer w krainie Liliputów. Pierwsze dzieło jest alegorią życia każdego człowieka, który nie dba tylko, jak inni, o własne dobro, lecz zamierza do jakiegoś, obiektywnego, idealnego celu, panującego nad jego myślami i wolą; co prawda z tego powodu zachowuje się potem w świecie dziwacznie.

Niesamowita konkluzja: dobro podniesione do absurdu.
Zawsze tak jest? Ilekroć jesteśmy dobrzy jesteśmy też dziwaczni? Dobroć i wrażliwość każą nam się oglądać w krzywym zwierciadle?
Czy może tylko umysł filozofa mógł wymyślić coś takiego i na równi postawić dobroć oraz dziwactwo, szaleństwo i niedorzeczność? Nie chcę, by w prawdziwym świecie wyglądało to tak, jak kreśli Schopenhauer.  

18 listopada 2013

:(:(

Czy ktoś zna skuteczny sposób na uciekającego psa??????????

Bilbo przeszedł dziś sam siebie - wpuszczony do ogrodu, którego siatka została otoczona pastuchem, przebiegł tenże ogród dwa razy po czym rzucił się na siatkę, niczym małpka uczepił się ogrodzenia, pociągnął tułów, tylnymi łapami odbił się od siatki i... hulaj dusza... Tyleśmy go widzieli....
Nastąpiła akcja poszukiwawcza. Niczym szpiedzy jeździliśmy za nim po tym - i następnym - osiedlu, a ilekroć znaleźliśmy się w zasięgu jego wzroku pies pokazywał nam, że ma swój świat i nic nie robi sobie z tego, że uprawia totalną samowolkę... Cudem (dosłownie!!!!) udało mi się go złapać i siłą do domu sprowadzić...
Myślę, że kiedyś tak ucieknie, dostanie takiego przyspieszenia, że ani P. - a ja to już na pewno - nie damy rady go odnaleźć...
Dobrze, jak chce nas opuścić, jak chce wrócić do swojego starego Pana (co wątpliwe, bo mało prawdopodobne, by po wypadku pamiętał, gdzie jego dom) - dobrze, zgodzę się z tym... Ale niech odchodzi w ciszy, w spokoju, swoją drogą a nie zaglądając każdemu do ogródka, zaczepiając każdego psiaka i swą posturą strasząc przechodniów...
Nie mam sił... Dziś się załamałam i wróciłam do domu ze łzami w oczach... Nie działają na niego żadne środki wychowawcze... Zachowuje się, jakby nasza opieka go nie interesowała... Nawet na imię nie reaguje...

Jest mi smutno... I myślę, że już niedługo pójdzie w swoją psią stronę...


Dlaczego on nie może być jak te pieski????
źródło zdjęcia: http://funnyanimals.blog.interia.pl/

źródło zdjęcia: http://pets.onas.ru/malamut_in_the_car.jpg.html

Dziś mnie zawiódł - autentycznie zabolało mnie serce... Za dom, opiekę, własny kąt, miłość, uratowanie od zguby i ofiarowanie terytorium odpłaca zachowaniem typu "mam was gdzieś:, "teraz już sobie idę w swoją stronę", "w sumie to nie chcę być z wami"...
Rozczarował mnie... Kiedyś możemy go już nie sprowadzić z powrotem do domu...

12 listopada 2013

Córka Rembrandta...?

Właśnie skończyłam czytać powieść Lynn Cullen. Fakt - data premiery jest raczej odległa, ale lepiej późno niż wcale:)

źródło zdjęcia: http://merlin.pl/Corka-Rembrandta_Lynn-Cullen/browse/product/1,594775.html

I w sumie nie interesuje mnie co - i w jakim stopniu - jest tu prawdą a co fikcją (choć konfrontując ją pobieżnie z pracą S. Zuffi stwierdzam, że trzon osnuty jest wokół prawdy) - bo czy to ważne czyją w rzeczywistości córką była Cornelia?
Ważne jest, że ta powieść jest o porozumieniu, o uczeniu się prowadzenia dialogu i poznawaniu siebie nawzajem, o poszukiwaniu drogi do prawdy o sobie i źródle swojego szczęścia, o tym, co to znaczy dom i gdzie on tak naprawdę jest.
I nie ulega wątpliwości, że jest to tekst o sztuce - o Prawdziwym Malarzu i jego warsztacie, technice, rytmu pracy, o poszukiwaniu natchnienia i czekaniu na nie.

Wczoraj, słuchając Klubu Trójki odkryłam, że pisarz dość, że musi się znać na swoich upodobaniach, musi wiedzieć co, o czym i jak chce pisać, to musi się znać na literaturze w ogóle - musie wiedzieć co, kto i jakimi sposobami pisał przed nim i pisze równolegle do niego. A przy okazji wspominanej tu dziś książki stwierdzam, że autorka doskonale wiedziała o kim pisze - jej praca kipi wręcz od temperamentu malarza, nasyca się jego dziełami i opisem ich powstawania.
Więc w tym wszystkim nie ma znaczenia czyją tak naprawdę córką była Cornelia - ważne, że widziała wielkość Rembrandta i mimo jego szaleństwa (a może właśnie dzięki niemu) umiała o nim opowiedzieć.

11 listopada 2013

…razem ze mną Kundel bury…

Kilka dni temu Iza przysłała taki list (na tutejsze potrzeby ciut przeredagowany):

A ja Ci opowiem o kotku którego (…) wyrzucili takiego małego, bo niby agresywny etc. A my się zajęliśmy z wujkiem, dokarmialiśmy i wujek umościł spanie w piwnicy gdzie jest piec... Kotek w ciepłych porankach spijał rosę z listków... Dziś po 5 tej rano miauczał pod drzwiami o śniadanie:) Coraz raniej, a ja prosto z łóżka do piwnicy...


Skoro Ona ma taką historię, ja przedstawię Wam Bilba - oto On…



Nie wiadomo jak tak naprawdę ma na imię, ile ma lat, gdzie mieszkał ani kim był (byli) właściciel (właściciele). My wiemy, że wycieńczony, głodny i odwodniony, resztkami sił doczołgał się pod szkołę męża. Powiadomieni SM, odpowiedzialny za bezdomne zwierzęta ośrodek weterynaryjny i schronisko odmówiły zajęcia się psiakiem. Nie pozostało nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce. Najcięższym motywem była diagnoza zaprzyjaźnionego weterynarza, że ten pies to się nie wyliże i jego dni są policzone. Finał jednak jest taki, że po czterech dniach trafił do nas i tak jest do dziś. To prawdziwy Malamut, więc przed zimą musimy mu znaleźć szelki, coś na kształt zaprzęgu – no i budę (choć on może nawet nie wiedzieć do czego ona służyJ).   

Mamy z nim trochę kłopotów: uwalnia się ze smyczy, przeskakuje ogrodzenie, ucieka, włóczy się po okolicy, musimy go szukać, czasem siłą sprowadzać do domu, za oswojeniem z nowym miejscem przyszły rasowe nawyki – potrafi godzinami wyć a jak już wejdzie do domu to nie ma sposobu, by go z niego usunąć: leży plackiem na panelach, smycz trzeszczy w szwach a on szyje naciąga, naciąga – i nic, nie ma sposobu, by go wyprosićJ Teraz całe ogrodzenie podpinamy pastuchem, bo aż żal ściska, że mamy tak duży, ogromny ogród, a on nie może/nie chce z niego korzystać…

Oto BilboJ - nasz piesJ






7 listopada 2013

Sztuka - życia...

W jednym z tekstów Schopenhauera przeczytałam:

„Przed obrazem powinno się stać jak przed władcą, w oczekiwaniu czy i jak się odezwie, i tak jak w tamtym przypadku nie należy odzywać się samemu, bo wówczas słyszy się tylko własny głos.”

Bo jakby przy okazji czytam do poduszki Córkę Rembrandta – niby fikcja a raczej dobrze udokumentowana. Nie jestem znawcą, ale okoliczności powstania niektórych obrazów wydają się prawdopodobne; i to jego szaleństwo – bardzo wiarygodne. Już gdzieś na samym początku było zdanie typu: czemu mój ojciec nie może być jak inni/ nie może się zachowywać jak inni ojcowie?

Większe od tupetu tego człowieka jest jedynie jego szaleństwo. (s.70)

I obok opisów tego szaleństwa perełki mądrości – niby oczywistości a jednak w kontekście tej opowieści brzmią odkrywczo, wyjątkowo.
Dlaczego ludzie z takim spokojem przyjmują wiadomość, że to, co mają w środku, tak istotnie różni się od tego, co noszą na zewnątrz? Ja się tego boję. Boję się i nie śpię tej nocy w trwodze, że brzydkie stworzenie ze środka wyjdzie ze mnie na świat. (s. 31)
Kiedy kaleczy obraz, to tak jakby kaleczył mnie. Każde pociągnięcie pędzla. Wszystkie one są częścią jednej opowieści. (s. 87) 
 

Jak przejść obojętnie obok książki o obrazach? O ich powstawaniu? Jak nie zadawać pytań czy szaleństwo bohatera nie jest wyolbrzymione? Jak nie zastanawiać się ile w tej opowieści jest prawdy a ile fantazji autora? Jak już się zacznie, nie można nie skończyć – pytać i czytać.



A obok uczty duchowej – ta cielesna.
Nie wiem na ile to przejaw mojego szaleństwa a na ile szaleństwa męża:):):) No i pewnie nie mało w tym próżności...

                                                  ...być kobietą, być kobietą...


ps – henna tej firmy beznadziejna; nałożyłam 3x i mam rude brwi...:(

6 listopada 2013

...to był dobry dzień...

Ze spokojem mogę powiedzieć, że to fajny czas:)

Czekając wczoraj na męża zaszyłam się w zaprzyjaźnionej księgarni i całą godzinę wypełniłam sobie wertowaniem jednej książki – niejednemu doskonale znanej a mi po prostu przypomnianej – przez nią samą:) Poczytałam sobie jeden rozdział – perełkę po prostu i jakoś tak nie mogłam się oderwać – samo się czytało! I nawet nie przeszkadzało mi, że jestem w miejscu publicznym, że pełno obcych ludzi, że jest głośno, że może śmiesznie wyglądam – bo obok literatury dzierżę torbę pełną banalnych, prozaicznych zakupów, że na tej wąskiej a wysokiej kanapie to w sumie niewygodnie, że za oknem mega deszcz i przenikliwe zimno – ja po prostu czytałam, czytałam, czytałam… Co jakiś czas ktoś się przysiadł, przeglądnął gazetę, sprawdził spis treści w jakiejś pozycji i poszedł – a ja siedziałam i czytałam… Bo bohater interesujący, bo ciekawie przedstawiony, bo tekst sprawny językowo…

Więc czekałam – i czytałam:)
















                                                    
                                                      
...Haśka -  i trzeba coś jeszcze dodawać?:)


A później poszliśmy do kina na Idę


Film niesamowity (czysto subiektywna ocena!). Fabuła sama w sobie raczej banalna – bo po wojnie pewnie niejedna taka Ida szukała swej historii – ale sposób jej opowiedzenia zapiera dech.
Ta ubogość scenografii, rekwizytów, ta surowa czerń taśmy powala i zachwyca – bo w dużej mierze tworzy ten film. Bo tam ważne jest to, czego nie widać, co nie jest wypowiedziane, co zostaje przemilczane.
Jest w nim taka scena, kiedy tytułowa bohaterka wychodzi z klasztoru do świata – na tę „pożegnalną” (a w tym wypadku może właśnie „przywitalną”) wyprawę. Kadr w 95% pokazuje monumentalne, zimne, surowe gmaszysko klasztoru a osoba, którą widz ma poznać znajduje się niczym większa plama w prawym dolnym rogu. Jakby to nie o Idę chodziło a o szary świat, z którego wychodzi (i bezduszny, do którego zmierza).
W ogóle dużo jest takich ujęć: z uciętymi, zamazanymi postaciami, z osobami wciśniętymi w kadr - jakby znalazły się tam przez przypadek, od niechcenia; jakby nie o ludzi chodziło a o przedmioty, przestrzenie, zjawiska (i zjawy przeszłości też).
To naprawdę ciekawie zrobiony, opowiedziany film. 

I jeszcze nie mogłam się powstrzymać przed zakupem kalendarza z plenerami Nowego Jorku – bo jak przejść obok ukochanego, wymarzonego miasta? Skoro nie mogę tam być fizycznie to choć emocjonalnie się w niego wtopię.



...móc tam choć pół roku pomieszkać:):)...

4 listopada 2013

Listopadowo...

Od trzech dni z różnych stron słuchamy o Wielkich i Ważnych, których pożegnaliśmy w tym roku, o ich zasługach, czynach, dorobku i pamiątkach.
A spróbujmy może zatrzymać się na tym, co - pomimo przemijania - buduje teraźniejszość; co sprawia, że dziś-teraz stanie się za chwilę wczoraj-przeszłość. Bo przecież to Teraz nadaje kształt wspomnieniom, tworzy wszystko to, co już za chwilę będziemy wspominać, analizować, co określimy pojęciami: dorobek, wkład, doświadczenie i co - być może - nada sens nowej Teraźniejszości.
Bo czym byśmy byli bez korzeni, przeszłości?
Może warto dziś zastanowić się jak jak teraz tworzy się to, co już za chwilę nazwiemy "kiedyś".
Myśliwski swoją nową powieść osnuł wokół notesu - jego zawartość, zapiski przez lata czynione stają się kanwą, fundamentem opowieści.
A przecież każdy z nas ma takie notesy/zeszyty/kalendarze latami zapisywane tym, co co w danej chwili ważne, pilne, godne - i konieczne - zapamiętania... Może warto się nad nimi dziś zatrzymać - kiedy jeszcze są tym, co teraz a nie tym, co wczoraj...

Oto próbka mojego oswajania teraźniejszości:)













Ni to notes ni stary kalendarz:)
















                                             A i w takim dziwolągu można znaleźć myślowe "perełki":) 

Czy to poetycka wersja mojej zachęty?


(...) Nim zamienię się w kamień
rozrzucę na wiatr
moje listy z wierszami
moją wiarę i czas
nim zamienię się w kamień
wykrzyczę do gwiazd
że nikogo z nas nie minie...

Nie próbuj do mnie dzwonić
nie próbuj szukać drogi
spaliłem wszystkie fotografie
horyzont tonie w mroku
nadchodzi piękny koniec...
Zabrakło słów zabrakło znaczeń (...) 


http://www.youtube.com/watch?v=GRCetS-lhbc

Do-przeczytania:)