29 listopada 2014

(...) ci, którzy nie mają horyzontów, pragną zniszczyć nasze. (s. 394)

Z trzech jakże różnorodnych tekstów kultury: Córki Rembrandta, Dziewczyny z perłą oraz licznych obrazów Vermeera wyłania się Amsterdam kolorowy, bogaty, pełen blasku, przepychu, bogobojny i mimo wielu kontaktów z innymi kulturami, czy obyczajami – wciąż tradycyjny i zamknięty społecznie; to miasto długich sukien i wyjątkowo przyciasnych gorsetów, koszul zapinanych pod szyję i długich płaszczy, jak i miasto wielodzietnych rodzin, kobiet, których dzieci bardziej chowane były w trumnach niż w kołyskach i mężczyzn, którzy za punkt honoru wzięli sobie wyżywienie rodziny; a już na pewno Amsterdam był miastem ciężkiej pracy, pracy, pracy – czy to malarza, czy ucznia – czeladnika - terminującego u mistrza, czy cukiernika, gońca, sprzątaczki, pomywaczki. Patrząc na artystyczny obraz tego miasta, ma się wrażenia, że tam wszyscy i zawsze pracowali, a słowa „lenistwo” i „odpoczynek” nie istniały w słowniku siedemnastowiecznych mieszkańców Amsterdamu. 
Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się kolejna pozycja o Amsterdamie XVII wieku – Miniaturzystka. Jej Autorka, raptem 32-ltnia Brytyjka, to raczej sporych rozmiarów dzieło pisała (niejednokrotnie w godzinach pacy, potajemnie, wykorzystując każdą wolną chwilę) przez 4 lata, 17 razy je przeredagowywała, a ten perfekcjonizm doprowadził do sytuacji, kiedy to w 2013 roku podczas Targów Książki w Londynie prawa do druku powieści kupiło prawie 30 krajów i otwarła się perspektywa sfilmowania historii. Nie powiem – pisarka z przytupem i w wielkim stylu weszła w świat wydawniczy! 

A i sam debiut spokojnie można zaliczyć do tych udanych!


Pomysł na napisanie powieści zrodził się podczas pobytu autorki w Amsterdamie, kiedy to w Rijksmuseum – tuż obok największych holenderskich malowideł – zauważyła mebel z kręgu rzemiosła artystycznego: drewniany miniaturowy domek-kredens, który w najdrobniejszym szczególe każdego z elementów odzwierciedlał ten rzeczywisty. W głowie autorki zrodziła się cała seria pytań: kim była jego właścicielka? jak wyglądała jej codzienność? jak zrodziło się w niej to nietypowe dziś zamiłowanie do kompletowania zabawkowej wręcz miniatury swego domu? kim był autor tych drewnianych (i nie tylko) figurek?
Ale książka nie jest jedynie literacką wersją fragmentu biografii Petronelli Oortman, czy historią jej prawie zabawkowego domku.
Jak dla mnie ta powieść osnuta jest wokół dwóch głównych tematów: losów Petronelli i tej nowej rodziny, której członkiem stała się po ślubie z Johannesem Brandtem oraz panoramy miasta w epoce największego jego rozkwitu.
Amsterdam Butron zamieszkany jest przez całą rzeszę anonimowych, nieznanych z imienia czy nazwiska postaci; to: stróżowie prawa, burmistrzowie, kupcy, czeladnicy, handlarze, dozorcy, rzemieślnicy. Jak w Lalce Prusa, tworzą oni zwarte tło, budują atmosferę tego gęstego od emocji i tłocznego od ludzi miasta, kreują przestrzeń dla głównych bohaterów dramatu: Petronelli, jej męża i szwagierki, ich dwojga oddanych, wiernych i pełnych wdzięczności służących, pewnego posłańca-byłego aktora, zawziętych starych przyjaciół, którzy z przyjaźnią i wiernością nie mają już nic do czynienia, pary cukierników, którzy okazali się sprzymierzeńcami, kiedy ci wysoko postawieni i wcześniej oddani zdawałoby się przyjaciele, zawiedli w chwili próby oraz anonimowego twórcy-rękodzielnika, który miniatury przysyłał, nie przyjmując zapłaty.
Choć paleta czołowych postaci jest raczej uboga, dzięki szerokiemu oglądowi, zmieniających się perspektyw czy poziomów opowieści, zmiennych miejsc akcji, kilku drobnym retrospekcjom czy próbie wprowadzenia mowy pozornie zależnej, czytelnikowi wydaje się, że bohaterów tej powieści nie sposób zliczyć, że jedne milczą, gdy inne mówią, by wnet ucichnąć i pozwolić mówić kolejnym – nawet matka Petronelli, która nie wypowiada w powieści ani zdania, zdaje się wysyłać kolejne małżeńskie rady, a urojone wizje w szalonej głowa Agnes aż huczą od zgorzknienia i oskarżeń. Ten chwyt z konstrukcją postaci przypomina trochę teatr Szekspira – pierwszy plan wypełnia raczej niewiele osób i gdyby nie to rozbudowane, wielopoziomowe tło, nie byłyby tak istotne oraz wyraziste.
W tej tak szerokiej, perspektywicznej powieści widzimy, jak Petronella – młodziutka, początkowo dość prostolinijna, naiwna i delikatna, ale wielce bystra mieszkanka wsi zmienia się w stanowczą, zdecydowaną, konsekwentną, odważną i upartą gospodynię, orędowniczkę interesów męża, tolerancyjną, pozbawioną uprzedzeń i generalizowania żonę oraz pracodawczynię; Petronella z powieści Butron to zawsze kobieta delikatna i rozważna w wypowiadaniu sądów, ale i obiektywna, samodzielnie myśląca, krytyczna i szybko przystosowująca się do nowych warunków, wtapiająca się w atmosferę i reguły dyktowane przez Amsterdam. Jednym słowem: szybko stała się dzieckiem swojej nowej małej ojczyzny; szybko przestała być dzieckiem, które oszałamia koloryt miasta, a stała się godną żoną najbogatszego kupca, członka Kompani Wschodnioindyjskiej. I jak jej mąż zwiedzał cały świat, nie bał się wypraw w najdziksze rejony, tak ona zrozumiała, że ich dom musi odbijać ten wielki mężowski świat. Stąd pełno tam map, gobelinów z najdalszych zakątków globu, czaszek dzikich zwierząt, przypraw rozsiewających czasem wręcz duszny zapach. Z podziwem należy patrzeć, jak ta kobieta szybko weszła w orientalny świat męża.
Wszystkie te powieściowe historie o: nietypowej miłości małżeńskiej, nieoczywistej sympatii między żoną a siostrą Johannesa, smutnych losów ich służących, zaplątania się Brandta w tragiczne, toksyczne wręcz relacje, obłudy i pozorności w wyznawaniu wiary czy wartości, jaką jest lojalność, przedstawione są językiem barwnym, dopracowanym, pełnym odniesień do maniery stylistycznej języka siedemnastowiecznego (np. zmieniony szyk wyrazów w zdaniu; myślę tu o polskim tłumaczeniu). Autorka wplotła w swą opowieść wyrażenia typowe dla ówczesnej kultury (kuchni!) czy ducha epoki, co nie pozwala czytelnikowi zapomnieć, w jakim okresie się znajduje. Wszystkie te zabiegi świadczą o dopracowanym pod względem faktograficznym i historycznym warsztacie pracy. Opisy są barwne, szczegółowe, oddają koloryt, ducha i manierę epoki jakby obrazy holenderskich mistrzów przekuto na słowa.
I myliłby się ten, kto sądzi, że tytuł odnosi się do głównej bohaterki, upodobaniu, z jakim kompletowała swój minidomek, treści, które chciała wyczytać z miniaturowej wersji jej rodziny. To nie Petronella jest tytułową postacią, a dziewczyna (sic!), która dla niej wykonywała te drewniane cudeńka. To w postaci anonimowej kobiety skumulowały się jedne z największych przewinień siedemnastowiecznej Europy: zakaz zawodowej pracy kobiet, represje wobec niestosujących się do tej zasady i tych, którzy z nimi sympatyzują, prześladowania względem wyznawców nowatorskich poglądów, zabobonność, lęk przed obcymi, czasem przybyszami z niewiadomo-skąd. Ale choć tak nietolerowana, później wręcz zaszczuta, miniaturzystka mocno wryła się w świat bohaterów Burton; choć całkowicie usunięta na margines społeczeństwa, nie dała o sobie zapomnieć, nie przestała mówić swoimi figurkami, stając się czymś nawet na kształt wyrzutu sumienia, świadkiem największych z przewinień (z przyjacielską zdradą na czele) czy zawiedzionych nadziei i marzeń.
Warto zauważyć, że mamy w tej powieści kilka miniatur. Dom Brandtów jest miniaturą wielkiego świata podróżników i kupców. Zabawka-kredens jest miniaturą domu małżonków, a i ta szafa ma swoją mini-wersję, która może zmieścić się nawet do kieszeni. Skoro zabawkowa wersja domu wcale nie dowodziła istnienia idealnego świata bez skazy; skoro ten realny świat okazał się pełen obłudy, zakłamania, fałszu, pozorności, interesowności i potęgi pieniądza, jako wartości nadrzędnej, jej dom musiał schylić się ku upadkowi, a zabawka poddać się zniszczeniu. Jak początek powieści, jest pełen kolorytu i bajecznego przepychu, tak jej finał to raczej gorzka prawda o tym, kim jest człowiek i jaki koniec może spotkać prawdziwych marzycieli czy kreacjonistów (wystarczy spojrzeć na Brandta czy miniaturzystkę).  
Wbrew początkowym przypuszczeniom to wcale nie jest historia o znudzonej życiem bogatej mieszczki, która dla zabicia czasu kompletuje domek dla lalek, a historia tego, jak nie stać się konformistą i nie zwariować w świecie pełnym obłudy, pozorów i powierzchowności. 

ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ


ps - teraz mogę przeczytać wszystkie zaległe Wasze recenzje tej książki:)

18 listopada 2014

Wszyscy pisarze to pasożyty (…). s. 286.

Kanał filmowy ale kino+ co jakiś czas podsyła widzowi kolejny serial kryminalny – jedne bywają lepsze, inne gorsze (w moim odczuciu), jedne trzymają w napięciu i są mroczne, inne w ogóle i jak dla mnie suną jedynie po temacie, nie budując klimatu tak pożądanego w tym gatunku.
Jednym z seriali pokazywanym w tej stacji jest ten o błyskotliwej i ekspresywnej Verze Stanhope. Wydaje mi się, że oglądnęłam wszystkie filmy z tego cyklu i wszystkie one wywarły na mnie ogromne wrażenie – wyraziste postacie, stopniowo budowane napięcie, zwroty akcji w nieoczekiwanym momencie i nieprzewidziane finały.

Dlatego z dreszczykiem emocji sięgnęłam po kolejną książkę z cyklu o Verze, którą tej jesieni wydało Wydawnictwo AMBER.
(źródło zdjęcia: http://www.wydawnictwoamber.pl/kategorie/literacki-kryminal/szklany-pokoj,p1611)

 Szklany pokój to historia zbrodni (a mówiąc ściślej – dwóch) popełnionych w ekskluzywnym Domu Pisarza podczas jednego z kursów organizowanych dla początkujących twórców. Pierwszą ofiarą był Tony Ferdinand – wykładowca akademicki i łowca talentów, który mógł niektórym początkującym pisarzom otworzyć drogę do wydawców oraz sławy, a drugą: Miranda Barton – sławna swego czasu autorka, właścicielka i kierowniczka Domu Pisarza oraz matka zdziwaczałego Alexa. Od samego początku krąg podejrzanych jest zawężony. Znajdują się w nim kursanci i wykładowcy: były policjant, były więzień, doceniony pisarz, wykładowczyni-pisarka, hippiska o zachwianej kondycji psychicznej i jej mąż, syn Mirandy, a niedługo do tego grona dołącza inny szkoleniowiec-wydawca. I to cała lista potencjalnych zabójców. Tylko dlaczego te zbrodnie zostały popełnione? I dlaczego oprawca wykorzystał sceny z kilku opowiadań osób związanych z Domem Pisarzy? I jak do tego ma się włamanie do Niny, rytualny mord na kocicy-Otheli i rudziku, pojawienie się polityka z Parlamentu Europejskiego, rekwizyty rodem z najważniejszych brytyjskich sztuk teatralnych, szantaż oraz wzmianka o studentce-heroinistce? Vera i jej ekipa – Joe, Holly, Charli – mieli sporo pracy, by z gąszczu różnych informacji wyłonić te istotne i kluczowe. I to wszystko w konfrontacji ze środowiskiem dość specyficznym, hermetycznym, niejednokrotnie brutalnym, kierującym się swoimi regułami, zaprzyjaźnionym głównie ze słowami „sukces” i „komercja”, w którym empatia to niejednokrotnie obce słowo. Więc finał i rozwiązanie sprawy mogą zaskoczyć – choć nie mnie, bo nie byłabym sobą gdybym wcześniej nie zagadnęła na ostanie strony:(. I to był mój błąd – sporo straciłam, nie było już tego dreszczyku emocji i podekscytowania!
Jeśli chodzi o warstwę językową i strukturę powieści, to w tej kwestii mam mieszane uczucia. W pierwszym przypadku czegoś mi tu brakowało – ale nie umiem powiedzieć czego, nie umiem tego braku wychwycić i nazwać. Co nie zmienia faktu, że humor i dyskretny cynizm tytułowej bohaterki jest sporym atutem powieści. Jak i narracja, sposób opowiedzenia historii. W pierwszej chwili czytelnikowi wydaje się, że w rozwiązaniu zagadki będzie podążał za policjantami, będzie chodził za nimi krok w krok, pozna wszystkie ich hipotezy, snute sugestie, ich weryfikacje, techniki pracy, aż po finał. Ale zaraz po tym, jak się oswoi z tym sposobem opowiadania, rzucony zostanie w przestrzeń osób podejrzanych – ujawnione zostaną ich codzienne nawyki, życie prywatne i stosunek do wydarzeń, których stali się uczestnikami. I to nie z punktu widzenia policji, lecz samych zainteresowanych. Taki chwyt będzie już do końca – czytelnik jest raz z policją, raz z potencjalnym mordercą. I kiedy odbiorca ma już swojego podejrzanego, kiedy wydaje mu się, że poznał jego motywy – hipoteza zostaje obalona. I w momencie kulminacyjnym, kiedy przy pomocy dedukcji oraz dowodów dostarczonych przez współpracowników Vera łączy w całość elementy układanki, czytelnik jest wraz z innymi na przyjęciu pożegnalnym - a nie w centrum operacyjnym policji; niczym jeden z podejrzanych rozwiązanie zagadki poznaje z nimi, a nie ze śledczymi. Te zmienne perspektywy oglądu sytuacji, różne punkty widzenia danej sprawy wpływają na nastrój książki, na konsekwentnie stopniowane napięcie i zmusza czytelnika to uważnego śledzenia fabuły. Nie można się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu, bo zaraz zostanie się z niego brutalnie wyrwanym i rzuconym w inną perspektywę.
Sporym atutem książki są też: miejsce zbrodni, jego dość klaustrofobiczne otoczenie, odizolowanie wszystkich bohaterów dramatu, sugestywne opisy surowości wybrzeża zimą, pogmatwane losy każdej z postaci - bez nich fabuła nie byłaby tak mroczna i pełna napięcia. Ta początkowo ograniczona przestrzeń od razu nasunęła mi skojarzenia z kryminałami Agathy Christie, której bohaterowie zazwyczaj przebywali z zamkniętym środowisku (a to pociąg, a to wyspa, lub hotel), co ograniczało pole manewru i krąg podejrzanych.
W Szklanym pokoju również postać inspektor jest dość ciekawa. Z jednej strony to osoba raczej cyniczna, bezpośrednia, niecierpliwa, racjonalna, niechlujna, bez wyrzutów zaglądająca do kieliszka, ale posiadająca też umiejętności: wczucia się w drugiego, wychwycenia jego nastrojów i przejawiania troski – ale oczywiście w granicach rozsądku.   
Podsumowując wystarczy powiedzieć, że ta książka warta jest uwagi. To dobrze rozpisany, chwilami przejawiający cechy powieści polifonicznej, sięgający do korzeni gatunku kryminał. Jest i w nim klasyczne już pytanie: kto (i dlaczego) zabił? oraz paleta przeróżnych, ale nie banalnych postaci. To też swego rodzaju diagnoza półświatka wydawniczego i pisarskiego. A w tle tego przenikliwe zimno brytyjskiej późnej jesieni i wrodzona niecierpliwość bezpardonowej pani inspektor. Godziny z tym tytułem mogą być miłym sposobem na spędzenie długiego zimowego popołudnia. 

A na koniec próbka filmu:



ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU


17 listopada 2014

Muzyczne szaleństwo

Moja wzmianka o Islandii wywołała kilka komentarzy, a w nich pojawiły się sugestie innych muzycznych ciekawostek. Postawiłam je tu zaprezentować - może znajdą kolejnych sympatyków. A i od siebie dołożę jeszcze jedną artystkę - jej pięć utworów.










Kto jeszcze lubi taką muzykę - połączenie muzyki folkowej/etno z popem, lub melodyjnym rockiem?
Dziś chyba nastąpi jej przedawkowanie:-D
Dziewczyny, dziękuję!

Spełniając życzenia

Na prośbę Agaty jeszcze kilka piosenek:







Powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że ktoś jeszcze może być ich sympatykiem:) Bo ja uwielbiam! 

Pochmurny poniedziałek


Po co dodawać coś więcej?

14 listopada 2014

Ja i Islandia

U Darii konkurs na temat Islandii.
To może przyszła pora, bym i ja opowiedziała, co dla mnie znaczy słowo „Islandia”.
W skrócie: mam hopla, obsesję, świra na punkcie tego państwa. Od prehistorii wręcz (właściwie zanim wyspa została odkrytaJ!) oglądam jego mapy, wciskam oko w dorobek literacki, zachwycam się pejzażami i maltretuję męża, by mnie tam wreszcie zabrał w ramach kolejnej podróży poślubnejJ.
Wszystko zaczęło się od tego, jak pod koniec podstawówki – jeszcze nie-dorosła, ale już nie-dziecko – zaczytywałam się w banalnej i raczej płytkiej Sadze o Czarnoksiężniku. Dziś wstyd się do tego przyznać, ale w tam pokazanym obrazie Islandii było coś magicznego, nastrojowego a przede wszystkim dzikiego i nieogarniętego. I właśnie ta nieuchwytność, to oddziaływanie na zmysły odcisnęły się na mojej wrażliwości.
Czyli – po pierwsze: Saga

(źródło zdjęcia: http://sprzedajemy.pl/sandemo-saga-o-czarnoksiezniku-komplet-1-15,15780812)

Następnie - wręcz z impetem - Islandia wkroczyła do mojej świadomości na studiach, kiedy to postanowiłam na własną rękę przyjrzeć się bliżej jej kulturze – a zwłaszcza literaturze. Więc biegałam do biblioteki, spisywałam rewersy i taszczyłam do domu książki – niestety, nie moje, jedynie pożyczone. Na dowód tego zachowałam sobie mini-książeczkę z tymi sygnaturami – zdjęcie poniżej niech zaświadczy:


Wspomniany okres studiów to też czas, gdy zasypiałam z mapą wyspy nad głową (zdjęcie tej samej mapy poniżej – oko wtajemniczone zauważy, że to wersja z któregoś tomu Sagi o…). 


Próbowałam też zbliżyć się do kina islandzkiego – może  byłam na kilku seansach, ale do dziś pamiętam Noi Albinói - scena z odkopywaniem wejścia do domu z fałd zaspy przejedyna!

(źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/Noi.Albinoi)

Już po studiach, w ramach wydawania zaskórniaków, kupiłam sobie profesjonalną książkę o państwie – tego, ile razy była otwierana poniższe zdjęcia nie zobrazują. Wystarczyć musi moje zapewnienie, że zdjęcia, grafika, i poszczególne partie tekstu nie raz były przyswajane (a czy prawdą jest to, że w stolicy sporo śniegu jest od listopada do marca? Czy może na przestrzeni lat to się zmieniło?).





 Mniej więcej w tym samym czasie w TRÓJCE popularny był projekt Trójka przekracza granice (o nim trochę tu). W jednej z jego odsłon Michał Nogaś (ten od „Z najwyższej Półki”:)) prowadził nas przez gąszcz islandzkiego życia i atmosfery kraju. Wtedy to chyba po raz pierwszy spotkałam się z nastrojową muzyką Sigur Ros i dowiedziałam się kim dla Islandczyków był Polak - Szymon Kuran (o reportażu - tu).







A na dowód tego, że moja miłość do kraju nie umarła, pokażę co mam w zasobach komputera i telefonu - historia niesamowita, a informacje praktyczne nadają jej pełni!



Jak widać, Islandię kocham miłością wielką i beznadziejną – to też ten rozdaj miłości, która nigdy nie może być zaspokojona.
Pozdrawiam!

13 listopada 2014

Po-lekturowo i po-recenzencko

Jako, że już ochłonęłam po ostatniej recenzji, że Księgi… powoli się zadomowiły w mojej świadomości chciałabym się podzielić kilkoma refleksjami
       Im dłużej myślę o tej książce, tym większe odnoszę wrażenie, że ilość postaci, ich złożoność, wielokulturowość, wielojęzykowość i nieschematyczność wymknęła się mojemu kojarzeniu – po prostu chyba przestałam wszystkich kodować i teraz mogę chyba wymienić raptem kilka osób. Ale miałam i swój sposób, by się całkiem nie zgubić w gąszczu tych bohaterów: robiłam notatki, znaczyłam ołówkiem tekst, marginesy zapisywałam spostrzeżeniami i uwagami.
      Choć najważniejszy jest Jakub, to najbardziej zachwyciła, uwagę przyciągnęła Jenta. Jak dla mnie, wpisuje się w grupę postaci typu Marta, Kłoska, Ruta – kobiet obdarzonych wyższą wrażliwością, wiedzą z innego poziomu, patrzeniem poza- oraz ponad-. Jako ni to żywa, ni to umarła ma dar przekraczania granic czasu i przestrzeni, wodzenia za sobą czytelnika, prowadzenia go w ten świat nowej nauki i religii.
       By odpowiedzieć sobie na pytanie, czym tak na prawdę są Księgi… szufladkowałam sobie świat przedstawiony: czas i miejsce akcji, język i typ narracji, tematykę, bohaterów – autentycznych i fikcyjnych (choć tej kwestii też nie rozgryzłam – wszystkie postaci są tak przedstawione, opisane, jakby żywcem wyjęte zostały z kroniki), walory intelektualne…
Książka jest spora, więc i sporo tych poziomów analiz…
      Powodzenia i radości z obcowania z naprawdę dobrym tekstem życzę wszystkim, którzy właśnie do niego zasiadają. Lub mają to w planie.

11 listopada 2014

Tajemnica ta jest tak potężna, że podobno ciało zaczyna drżeć, gdy człowiek ją pozna. (s. 795)

Od ostatniej zimy z wielkim zniecierpliwieniem wyczekiwałam Ksiąg Jakubowych. Po wywiadzie, jaki Autorka udzieliła Michałowi Nogasiowi wiedziałam, że to powinna być moja obowiązkowa lektura tego roku. I się nią stała.
Ta ponad 900 stronicowa książka jest historią życia Jankiela Lejbowicza nazywanego Jakubem Frankiem, który w drugiej połowie XVIII jako żydowski kupiec, a przede wszystkim twórca nowej religii, ze swoimi towarzyszami - a później wyznawcami - przemierzył tereny tureckie, polskie rosyjskie i austriackie. Ta pozycja to przede wszystkim próba opowiedzenia życia Jakuba, tego, jak rodzi się odłam w religii tak starej i tradycyjnej jak judaizm, to historia ślepego zauroczenia nowinkami wyznaniowymi oraz ich powolnego, ale skutecznego wnikania w społeczeństwo. Cały ten przewrót może by się nie zaczął, gdyby nie padły istotne pytania:
A co by było, gdyby naprawdę o t w o r z y ć oczy? Gdyby u j r z e ć jakimś cudem to prawdziwe, co nas otacza? Co by to było? (s. 872) I niczym falą napłynęły Jakubowe odpowiedzi, których wyznawcy
Wierzyli na przykład w świętą mowę, której używano podczas wtajemniczeń. Jej świętość polegała na tym, że była na odwrót – była bezwstydna. (s. 695) A co to oznaczało w praktyce pokaże kilka cytatów:
Jakub każe jej iść do sklepu gojskiego – bo wyżej wieś jest gojska – po chrześcijański chleb. (s. 657)
Skoro nadeszły tak długo wyczekiwane czasy mesjańskie, to Jakub ma rację, przestały obowiązywać prawa tego świata, prawa Tory. Teraz wszystko jest na opak. (s. 657)
Chodzi o sprzęgnięcie razem trzech religii: żydowskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej. (s. 651)
(…) oni przeciwko Talmudowi występują, to jedno jest jasne. (s. 638)
Ten gest uczyniony w stronę chrześcijaństwa, konsekwentnie odsunął Franka od sporej grupy tradycjonalistycznych Żydów, ale i wśród chrześcijan nie dostarczył mu pełnego zrozumienia. Każda grupa traktowała go jak odszczepieńca, dziwaka, aktora i kuglarza. Było też wielu, którzy widzieli w nim siejące ferment, zepsucie i demoralizacje zagrożenie. Nie ulega jednak wątpliwości, że Jakub Frank miał charyzmę, talent do zrzeszania ludzi i przekonywania ich do swoich racji. Zwolenników znalazł wśród wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa; wśród tych mniej zamożnych i bogatych, aż po dwory wielkich tego świata – jak choćby Katarzyny Kossakowskiej czy cesarzowej Marii Teresy.
Niejedna z postaci mogłaby powiedzieć: I poczułem wtedy, że stałem się następnym ogniwem długiego łańcucha wtajemniczonych, który ciągnie się przez pokolenia, a zaczyna się jeszcze gdzieś przed Szabtajem, przed Abulafią, przed Szymonem bar Jochajem, przed, przed… w mroku czasów, i że ten łańcuch, choć czasami ginie w błocie, choć zarasta go trawa i zasypują gruzy wojen, to on i tak trwa i rośnie w przyszłość. (s. 802)
Mnie osobiście zastanawia na ile Jakub Frank faktycznie wierzył w swoje interpretacje pism a na ile udawał, na ile był perfidnym manipulantem żerującym na ludzkiej naiwności i łatwowierności. Nie ulega jednak wątpliwości, że miał on w sobie siłę przekonywania, która w każdym nowym miejscu pozwoliła mu zebrać sporą grupę zwolenników.
Jednak poza Jakubem występuje też w powieści bohater zupełnie innej kategorii - zbiorowy (i mnie on osobiście bardziej zauroczył). Jest nim bogata paleta mieszkańców Polski i Europy doby baroku. Z tej społecznej panoramy wyłania się Polska kolorowa, wielojęzykowa, wielonarodowa, ale i poraniona konfliktami klasowymi oraz politycznymi czy religijnymi niedomówieniami. Widać w niej dworski luksus, nadużycia i słabości duchowieństwa oraz biedę chłopów. Mamy tu przede wszystkim Żydów – rabinów, kupców, tragarzy i nauczycieli; są też i polscy chłopi, kryminalni uciekinierzy, duchowieństwo – od prostego dziekana po biskupów, szlachta z mieszkańcami dworu, banita, a nawet i poetka – Elżbieta Drużbacka. Są w powieści i Turcy ze swoimi kolorowymi, orientalnymi strojami, mnisi z Atos z surowymi zasadami i dwór pełen przepychu i bogactwa. Od różnorodności i ilości postaci można dostać zawrotu głowy! Co kilka stron pojawia się kolejna; zostaje ona z czytelnikiem na dłużej, by wrócić (lub nie) za kilka, kilkanaście stron. Odnoszę wrażenie, że choć czytałam uważnie, zgubiłam się w ilości bohaterów. Jak widać z kart książki przemawia Europa dawno temu zmieciona przez wojny, powstania, przewroty oraz zniszczona przy użyciu ludzkiej ignorancji oraz małoduszności. I w tym powieściowym świecie zawsze chodzi o Jakuba i jego przewrotowe poglądy.  
Nie byłaby Tokarczuk sobą, gdyby nie wplotła w swoją historię rozważań na temat natury czasu, ruchu, zmienności, odchodzenia – niekoniecznie w sensie umierania, istoty świata - która występuje jakby poza człowiekiem, poza tym, co oczywiste; a najwięcej miejsca poświęcono oczywiście religii i świętości. Dla bohaterów Ksiąg(…) pustynia jest jedynym na świecie miejscem, w którym czas zawraca, robi pętlę i wyskakuje do przodu wielkimi susami, niczym tłusta szarańcza (…). (s. 824) I to przekonanie, że (…) umysł człowieka potrzebuje świętości, więc szuka jej wszędzie, niby pęd rośliny, który rosnąc w jaskini, pnie się do każdego, najmniejszego nawet światła (s. 812) pozwoliło wielu pójść za głośnym, choć nienatarczywym i wielce tajemniczym, wezwaniem Jakuba. I jak na wierną uczennicę Junga przystało, sporo miejsce poświęciła autorka mitom, temu pierwotnemu i naturalnemu sposobowi tłumaczenia świata, czytania i interpretowania jego znaków a także próby ponownego odpowiedzenia na podstawowe pytania. Według jednego z książkowych mitów: Najpierw świat przypomina pleśń, jest delikatny i biały, ale rośnie szybko, pojedyncze nitki łączą się ze sobą, tworząc mocne poszycie. W końcu twardnieje i odtąd zaczyna nabierać kolorów. (s. 826) A w tym na nowo opowiadanym, układanym i hierarchizowanym świecie jest też i postać rodem z prastarych mitów: Jenta - krewniaczka Jakuba; ni to umarła, ni to żywa; zawieszona pomiędzy stanami (jak Jakub pomiędzy starymi wyznaniami) patrzy z góry, z zewnątrz na swojego rodaka i rozumie, że jest wszechobecnym niemym świadkiem spraw naprawdę wielkich. I choć nie jest głównym bohaterem, to od jej figury zaczyna się opowieść o Jakubie i na niej się ona kończy. Bo niczym jakiś duch mądrości – podobnie jak Nachman – staje się Jenta przewodnikiem po sprawach Jakubowych. Jako żywa-nie żywa ma ona zdolność patrzenia głębiej i dalej, pojmowania więcej i wchodzenia w istotę, której inni nawet nie są w stanie dostrzec. Jak w innych tekstach, wykreowała autorka postać stojącą na marginesie, poza społecznością, niby realną, ale wymykającą się utartym schematom mówienia o człowieku i tym, co dla niego najważniejsze. Dlatego może ona myślą przekraczać granice czasu i przestrzeni.
Księgi Jakubowe opowiedziała Tokarczuk przy użyciu mowy zależnej i niezależnej; wprowadziła narratora wszechwiedzącego, czasem bezpośredniego czy narratora-świadka, a w partiach listowych i pamiętnikarskich – pierwszoosobowego; językiem powieści jest bogaty, pełen słów i zwrotów z języka hebrajskiego, arabskiego i łaciny. By wymienić kilka: goj, nazir, agun, alef, szin, samech, gematria, notarikon, temura, dragoman*. Rozdziały poszczególnych ksiąg są raczej długie, obszerne i bogate w szczegóły. Rzecz się zmienia pod koniec książki, a w szczególności w ostatniej księdze – jakby brak głównego bohatera nakazywał zakończyć opowieść, jakby przyszła pora, by historia zaczęła żyć własnym życiem, już bez ingerencji „opowiadaczy”. Ciekawymi zabiegami są: sposób numeracji stron, forma tytułu i zastosowanie wielu ilustracji. Co do stron – podawane są od tyłu; historia zaczyna się na stronie 906, a kończy na 24. - jakby chciano czytelnikowi powiedzieć, że prawdziwy początek ruchu Jakuba Franka zaczyna się w miejscu kiedy on schodzi ze sceny, kiedy nic już nie powie i teraz jego doktryna zaczyna żyć bez jego komentarza. Tytuł – długi, barokowy, wielopoziomowy – nawiązuje do tytułu książki księdza Chmielowskiego. A ilustracje to komentarz do treści, wyszukane w bibliotece Ossolińskich są dopełnieniem treści i rysów charakterologicznych bohaterów.  
Jak widać Księgi Jakubowe. Wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez autorkę dopełniona metodą koniektury, z wielu rozmaitych ksiąg zaczerpnięta, a także wspomożona imaginacją, która to jest największym naturalnym darem człowieka. Mądrym dla memoriału, kompatriotą dla refleksji, laikom dla nauki, melancholikom zaś dla rozrywki  to książka, w której skupiły się najważniejsze tezy i wątki z prozatorskiego dorobku autorki, to obszerna kwintesencja jej mówienia o książkach, o podróżach, o religiach, opowieściach, miejscu człowieka w jego najbliższym środowisku i sektach, a przede wszystkich to głos w mówieniu o potrzebie i znaczeniu wiary oraz wyznania w życiu każdego człowieka. Choć to monumentalna praca, mam nadzieję, że nie ostatnia w wykonaniu autorki i że jej opus magnum jeszcze przed nią:)


*Kilku z tych słów nie znalazłam w internetowych słownikach, więc być może używam błędnych form mianownika.





ZA MOŻLIWOŚĆ PRZECZYTANIA KSIĄŻKI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU LITERACKIEMU

Dawkowanie - cz. 6.

Dziś coś na temat pisma, języka, mowy i słowa.

Ludzie, którzy piszą księgi, nie chcą  mieć własnej historii. No bo i po co? W porównaniu z tym, co jest zapisane, zawsze będzie nudna i nijaka.  (s. 839)

Zawsze za literami stoi czyjaś ręka, zza zdań wychyla się czyjaś twarz. Przecież i spoza Tory wyłania się zaraz jakaś obecność, wielka, której prawdziwego imienia nie można napisać żadną, nawet pozłoconą i pogrubioną literą. (s. 823 – 822)

(…) wierciliśmy także dziury w słowach, zaglądając w ich przepastne wnętrze. Moje pierwsze olśnienie dotyczyło podobieństw dwóch słów. (s. 811)

O tak, gdyby pytaniami można było handlować, obaj z reb Mordkem zbiliby majątek. (s. 876)

(…) nie mówi, a jak nie mówi, to nie ma swojej historii ani języka, jest jak bezdomny, bezkrajowy. (s. 782)

W nowym świecie będzie inny alfabet, będą inne znaki, inne reguły. Może z dołu do góry, a nie z góry na dół. (s. 775)

Ja do polszczyzny nic nie mam, ale jak w niej mielibyśmy mówić, skoro nam słów nie starcza? (s. 768)

Zbieraj, zbieraj znaki, to wkrótce przeczytasz całe zdanie. Co to za sztuka czytać z ksiąg napisanych przez człowieka, kiedy cały świat jest księgą napisaną przez Boga (…). (s. 754)

(…) zdawało mu się, że świat słów jest o wiele realniejszy niż to, co widzą jego oczy. (s. 751)

(…) słowa to nie szlachta, żeby im drzewa genealogiczne odtwarzać. Słowa to kupcy, szybcy i użyteczni, to tu, to tam. (s. 750)


A pełna, ostateczna recenzja już tuż-tuż.


6 listopada 2014

Muzyczna jesień

Od kilku dni wieje tak, że nocami spać nie można, trzeba zbierać porozrzucane meble ogrodowe a w głowie huczy i dudni. Plusem jest wysoka temperatura i słoneczko - choć wywiało wszelkie kolorowy jesieni.
Ale to, co udało mi się znaleźć mam tu:




















W taki czas aż miło posłuchać czegoś naprawdę wyrazistego:)





Normalnie, aż buźka się śmieje:)

5 listopada 2014

Dawkowanie - cz. 5. Kobieta z książką:)

Piękna Gitla to jedyna córka Pinkasa, sekretarza rabina lwowskiego Rapaporta. Dziewczyna ma źle poukładane w głowie, przysparzała ojcu nieustających kłopotów (…) Chodzi niedbale i zawsze jest dziwacznie ubrana. Całe lato spacerowała po wilgotnych łąkach za miastem, recytowała wiersze, (…) zawsze z książką w ręce. Jej ciotka uważała, że tak się zawsze dzieje, kiedy uczy się dziewczyny czytać. (…) Uczona kobieta to powód wielkich kłopotów. No i niejako się ziściło. (s. 643 – 642)
Nic dodać nic ująć…


Można to jakoś skomentować?

(zdjęcie pochodzi ze strony: http://tuskulum-riannon.blogspot.com/2010_10_01_archive.html)


4 listopada 2014

Nowinki

Tym razem o kilku nowych pozycjach w mojej bibliotece - nie ma ich za wiele, ale w sumie na widok wszystkich zacieram z zadowolenia ręce:)
Po pierwsze: tytuły od Męża - pokazywałam je już na fb, ale tutaj debiutują; zakupione w sklepie na B. Stasiuk to mój łaskawy dar dla P.:)


Oto maleńka dostawa od WL:



Miniaturzysta ma fantastyczny folder reklamowy (zdjęcia poniżej) a z Księgami... zmagam się od kilku dni - czytam powoli, smakuję język, treść i ducha powieści; czytam z wypiekami i przeświadczeniem, że jej do końca nie rozumiem, że kilka spraw mi się wymyka, a już na pewno nie nadążam za bohaterami - chyba mi się mylą - tak wielu ich jest:)










(powyżej książeczka towarzyszy Miniaturzystce)

Teraz pora na dreszczy emocji od Wydawnictwa AMBER:


Powiem szczerze: po dniach/tygodniach spędzonych nad językową i kulturową otoczką Polski doby baroku, możliwość zanurzenia się w historię z dreszczykiem (a może i trupem w szafie) będzie totalną odskocznią:) Muszą jeszcze ciut poczekać w kolejce, ale na pewno wpadną w moje ręce:)

W sumie nasuwa mi się tu pytanie: jak Wy to robicie, że współpracując z kilkoma/kilkunastoma wydawnictwami jesteście w stanie na bieżąco czytać i opiniować teksty? Bo ja odnoszę wrażenie, że wciąż mam zaległości:(

A na koniec prezent od SZTUKATERa - nagroda pocieszenia:)


Patrząc na Wasze zdobycze (choćby te po-Targowe), mój zestaw to taka malizna:) 

Pozdrawiam:)!

Dawkowanie - cz. 4.

Przy okazji późnego śniadania jeden malutki fragmencik - miało być coś innego, ale treść tego zdania wręcz prześladuje; to, co się kryje za tymi siedmioma słowami jest tak niesamowite, że ogarniają żal i tęsknota za tym minionym światem, światem, którego już dawno nie ma i nic nie wskazuje, że miałby wrócić...
Przekonajcie się sami:

Skład Abrahama, szwagra Towy, jest prawdziwym sezamem; handluje z całą Europą tym, co Orient ma najlepszego (...).
- Subhanulah, chwała Allachowi - mówią kontrahenci, gdy wchodzą do tego przybytku. - Salem alejkum, szalom alechem.
(s. 729)

Nie mam już nic do dodania.